Maj ma jego głos. Naprawdę. Gdy tylko robi się cieplej, gdzieś między zapachem bzu a pierwszym grillem, wraca Zbigniew Wodecki – jak refren, którego nie da się wyrzucić z głowy.
Urodził się 6 maja w Krakowie. I właśnie w maju odszedł. Trudno o bardziej symboliczny klamrowy montaż – jakby całe jego życie było jedną, dobrze napisaną piosenką, która zaczyna i kończy się w tym samym tonie. Coś z tego miesiąca nosił w sobie: lekkość, uśmiech, odrobinę melancholii.
Był muzykiem totalnym – skrzypce, trąbka, głos, emocje. Takim, który nie grał „pod publiczkę”, tylko dla ludzi. Jego historia zaczyna się przy radiu. Ojciec grał w orkiestrze, więc dźwięk był codziennością. A potem przyszło życie i powrót do źródła – Radio Kraków. To było dla niego więcej niż instytucja. To było środowisko – żywe, uważne, z duszą. Miejsce, gdzie muzyka oddychała.
I właśnie u nas w Radiu Kraków 3 maja tego roku, w audycji „Radio Kraków Live”, znów wybrzmiał Wodecki. Ten późniejszy, dojrzały, odkryty na nowo dzięki współpracy z Mitch & Mitch. Album 1976: A Space Odyssey nie był tylko sentymentalną podróżą. Przecież dobra muzyka nie ma daty ważności. Zawsze można wrócić do siebie sprzed lat i powiedzieć coś jeszcze raz, ale głębiej, mądrzej, piękniej.
I może dlatego maj to Wodecki. Bo to miesiąc powrotów. A on śpiewał o nich najlepiej. Tak, że człowiek nagle zatrzymywał się w pół kroku i myślał: „kurczę, to przecież o mnie”.