Na grupach dla ogrodników i pszczelarzy wybuchła prawdziwa panika – większa niż w ulu w upalne południe! Nagłówki krzyczą: „Rząd uznaje pszczoły za szkodniki!”, „Ministerstwo planuje likwidację pasiek!”. Czy to możliwe, że po latach siania łąk kwietnych, nagle uznaliśmy nasze małe pracusie za wrogów publicznych?
Posłuchaj podcastu
Wyjdźmy na pole, odetchnijmy głęboko i odłóżmy podkurzacze oraz dłuta pszczelarskie, bo miodu na śniadanie nikomu nie zabraknie. Krótka odpowiedź na tę całą panikę brzmi - to fejk, a właściwie przykład informacyjnej burzy w słoiku miodu. Skąd zatem ten dym? Wszystko przez roboczy dokument Ministerstwa Klimatu, który, jak to u nas bywa, niechcący wypłynął do sieci.
Ktoś wyłowił tam niefortunne zdanie o ograniczeniu negatywnego wpływu pszczoły miodnej na dzikich zapylaczy i machina ruszyła. "Likwidują pszczoły" - krzyknął Internet. Rzeczywistość jest jednak znacznie ciekawsza i trochę kulinarna. Wyobraźmy sobie duży szwedzki stół w jakiejś zacnej restauracji przy krakowskim Rynku. Jeśli przyjdzie 10 osób, każdy zje ze smakiem. Jeśli nagle pod drzwi podjedzie 10 autokarów z głodnymi turystami, to dla tej jednej pani, naszej dzikiej pszczoły samotnicy, która cicho siedzi w kącie, nie zostanie nawet listek sałaty.
Dokładnie o to chodzi w tym całym zamieszaniu. W Polsce mamy około 400 gatunków pszczół. Pszczoła miodna, ta z ula, to nasze zwierzę hodowlane. Taka skrzydlata krowa, którą się opiekujemy. Są też trzmiele, są pszczoły samotnice, które robią dla przyrody tytaniczną robotę, a nikt ich nie dokarmia cukrem na zimę.
Eksperci od lat ostrzegają przed tak zwanym przepszczeleniem. Jeśli w jednym miejscu, na przykład w środku miasta, postawimy nagle setki uli, to miliony pszczół miodnych wymiotą cały nektar z okolicy, a ich dzicy kuzyni po prostu padną z głodu. Co więc planuje ministerstwo? Na pewno nie naloty na pasieki. Chodzi o przywrócenie balansu.
Po pierwsze, koniec z modą na ule na dachach urzędów w centrach miast, gdzie nie ma dość kwiatów. Po drugie, rejestracja uli, żebyśmy wiedzieli, gdzie owadów jest w sam raz, a gdzie zaczynają ze sobą walczyć o przetrwanie. No i po trzecie, stawianie na nasze lokalne rasy, zamiast sprowadzania pszczół z drugiego końca świata.
To nie jest walka z pszczelarstwem, to dbanie o to, by nasza miodna celebrytka nie wygryzła z rynku swoich dzikich, mniej medialnych krewniaków.
Zanim więc udostępnimy alarmujący post, pamiętajmy, że w naturze najważniejsza jest harmonia.