Z brytyjską muzyką mam tak, że właściwie od zawsze była mi szczególnie bliska. A lata 90.? Kapitalny czas. Blur, Suede, Pulp, The Verve i oczywiście Oasis. Gallagherowie pojawili się w moim muzycznym życiu gdzieś na początku tej całej britpopowej zawieruchy i zostali na dobre. Nawet wtedy, kiedy sami robili wszystko, żebyśmy mieli ich serdecznie dosyć.
W streamingu pojawił się film "Oasis: Don`t Look Back in Anger". Po jego obejrzeniu jeszcze bardziej doceniam to, co wydarzyło się w 2025 roku. Bo powrót Oasis to nie tylko gigantyczna trasa, wyprzedane stadiony i kolejne miliony na kontach Gallagherów. To przede wszystkim odzyskana chemia między dwoma muzykami, którzy przez szesnaście lat skutecznie przekonywali świat, że wspólna scena jest ostatnim miejscem, w którym chcieliby się znaleźć.
A jednak. I właśnie ten aspekt całej historii interesuje mnie dzisiaj najbardziej.
Szesnaście lat. I znowu Cardiff
Film Dylana Southerna i Willa Lovelace'a, zrealizowany według scenariusza Stevena Knighta, zabiera nas za kulisy trasy Live ’25. Są próby, przygotowania, stadionowy rozmach i pierwszy koncert w Cardiff, 4 lipca 2025 roku. Po szesnastu latach Oasis znowu grają razem. Jeszcze niedawno taki scenariusz brzmiał jak niezły żart.
Twórcy zaglądają za kulisy, pokazują przygotowania i samych Gallagherów. I właśnie te fragmenty interesowały mnie najbardziej. Bo koncertowe Oasis znamy. Natomiast oglądanie Liama i Noela, którzy potrafią funkcjonować obok siebie bez kolejnej awantury, to już prawie sensacja.
Gallagher kontra Gallagher. Rozejm?
Nie będę udawał, że rozumiem ich relację. Przez lata obaj dostarczali mediom materiału na kilka porządnych seriali. Złośliwości, wzajemne oskarżenia, publiczne pranie rodzinnych brudów. Czasami zabawne, czasami zwyczajnie żenujące.
Film nie daje pełnej odpowiedzi na pytanie, co właściwie wydarzyło się między braćmi przed reaktywacją. Można mieć o to pretensje.
Jednak osobiście, niekoniecznie potrzebuję szczegółowego protokołu z rodzinnego pojednania.
Podoba mi się, że wrócili. Że znowu stoją obok siebie. Że muzyka przynajmniej na jakiś czas okazała się ważniejsza od ich gigantycznych ego. Czy to przebaczenie bez słów? Chciałbym w to wierzyć.
Rodzice, dzieci i jeden wielki refren
Jest jeszcze coś, co zrobiło na mnie ogromne wrażenie. Publiczność. Na koncerty Oasis przyszli nie tylko ci, którzy pamiętają ich największe triumfy z lat 90. Przyszło kolejne pokolenie. Rodzice przyprowadzili dzieci, często już nastolatków, dla których „Wonderwall”, „Live Forever” czy „Don't Look Back in Anger” nie są żadnymi muzealnymi eksponatami. To piosenki, które znają, śpiewają i traktują jak własne.
I to jest chyba jedna z najpiękniejszych rzeczy, jakie mogą przydarzyć się zespołowi. Kiedy muzyka przestaje być wyłącznie własnością pokolenia, które dorastało razem z nią. Kiedy ojciec i syn albo matka i córka stoją na tym samym stadionie i śpiewają ten sam refren. Każde z nich ma z nim związane inne emocje, inne wspomnienia, ale przez te kilka minut wszyscy są częścią tej samej historii.
Wyprzedane stadiony dały zresztą Gallagherom bardzo konkretną odpowiedź na pytanie, czy Oasis są jeszcze potrzebni w XXI wieku. I nie chodzi wyłącznie o imponujące wyniki sprzedaży biletów. Chodzi o skalę emocji, jaką wciąż potrafią wywołać. O publiczność, która przez szesnaście lat nie zapomniała tych piosenek, i o młodych ludzi, którzy odkryli je już po rozpadzie zespołu.
Trudno o bardziej przekonujący dowód, że Oasis nie są jedynie wspomnieniem britpopowej epoki.
Mniej testosteronu, więcej muzyki
Dzisiejsi Gallagherowie mają inną temperaturę niż trzydzieści lat temu. Mniej młodzieńczej agresji, więcej dystansu. Liam nadal ma tę swoją charakterystyczną manierę, Noel wciąż wygląda, jakby połowa otaczającego go świata działała mu na nerwy. Ale jest w tym wszystkim więcej spokoju.
Nie oczekuję, że będą ponownie dwudziestokilkuletnimi chłopakami z Manchesteru. Sam przecież nie jestem tym samym człowiekiem, który po raz pierwszy usłyszał „Supersonic” czy „Live Forever”.
I może właśnie dlatego tak dobrze odbieram ich powrót. Nie jako próbę odgrzania britpopu, ale kolejny rozdział historii, z którą jestem związany od ponad trzydziestu lat.
Nie wiem, czy będzie nowa płyta. Nie wiem, jak długo potrwa ta braterska zgoda. Wiem za to, że po obejrzeniu filmu jeszcze mocniej doceniam to, co Noel i Liam razem stworzyli.
A największy paradoks? Przez lata Gallagherowie robili wszystko, żebyśmy rozmawiali o ich kłótniach. Wystarczyło, że przestali się kłócić i znowu najważniejsze stały się piosenki.
Co więcej, te piosenki mają już nowych właścicieli. Kolejne pokolenie, które nie pamięta britpopu, nie oglądało słynnych awantur braci i nie przeżyło rozpadu Oasis w 2009 roku. Dla nich ta muzyka jest równie aktualna jak dla nas trzy dekady temu.
Najlepsze jest to, że ciąg dalszy już znamy. Gallagherowie nie zamierzają poprzestać na ubiegłorocznym powrocie. Na 2027 rok zapowiedzieli kolejną trasę - Oasis Live ’27.
Jedenaście koncertów od rodzinnego Manchesteru przez Monachium, Barcelonę, Amsterdam, Paryż, Rzym, później Stany Zjednoczone i Irlandia. Na finał sześć występów w legendarnym Knebworth, gdzie w sierpniu 1996 roku Oasis zagrali dwa koncerty, które przeszły do historii brytyjskiej muzyki. Trzydzieści jeden lat później wrócą w to samo miejsce. Bilety na całą trasę już się wyprzedały. I chyba trudno o lepszy komentarz do pytania, czy świat nadal potrzebuje Oasis. Bracia Gallagher dostali odpowiedź. Teraz wystarczy, żeby znowu się nie pokłócili.