"Chcemy kasy, nie obietnic" - skandowali przed Małopolskim Urzędem Wojewódzkim przy ul. Basztowej pracownicy Poczty Polskiej. Domagają się podwyżki płac o tysiąc złotych brutto, przywrócenia premii i zmniejszenia rejonów, w których codziennie dostarczać muszą przesyłki i listy. Rekordzista - jak twierdzą - w ciągu 8 godzin musi dotrzeć nawet do 900 odbiorców.
Posłuchaj materiału Dominiki Panek
"Nie jesteśmy w stanie wykonać własnych rejonów, a czasem musimy i inne wykonać. Nie wyrabiamy się z czasem, a potem są na nas skargi. To polski rząd jest naszym pracodawcą. Pani premier jest osobą najbardziej decyzyjną w kraju. Zwracamy się do niej: niech nam pani pomoże! Chcemy godnie zarabiać" - mówili protestujący.
"Nigdy nie było dobrze. Ale to, co się dzieje teraz to jest zwyczajne poniżanie człowieka. Niech wszyscy pamiętają, że nam też zależy na tym, żeby usługa była dobrze wykonywana, ale jak mamy to zrobić w takich warunkach. Też chcemy żyć" - przyznają pocztowcy.
Tymczasem każdemu klientowi Poczty Polskiej zdarzyło się odczekać w długiej kolejce przed okienkiem. "Nie cierpię poczty, ale co mam zrobić. O którejkolwiek bym nie przyszła, zawsze kolejka do drzwi. Minimum pół godziny czekania" - irytują się klienci.
Protestujący przygotowali petycję do premier Beaty Szydło ze swoimi żądaniami, którą złożyli na ręce wojewody małopolskiego Józefa Pilcha. Wojewoda obiecał, że przekaże pismo szefowej rządu i zapewnił o swoim wsparciu. "Zawsze będę z państwem jako przedstawiciel rządu w terenie" - mówił wojewoda Pilch. Dodał jednak, że nie jest w stanie obiecać, że wpłynie na poprawę warunków zatrudnienia pracowników poczty.
Zbigniew Baranowski, rzecznik Poczty Polskiej w komunikacie do mediów zapewnia, że zarząd widzi konieczność zmian wynagrodzeń w spółce. Przypomina też, że w ubiegłym roku dwukrotnie podniesione pensje dla najmniej zarabiających pocztowców.
Podobne pikiety odbyły się w ponad 20 największych miastach w kraju, m.in. w Warszawie, Częstochowie, Katowicach, Poznaniu i w Lublinie.
(Dominika Panek/ew)