PiS włącza się w zbieranie podpisów pod referendum odwoławczym w Krakowie, które ma objąć prezydenta Aleksandra Miszalskiego i Radę Miasta. W Radiu Kraków radni spierali się o finansowanie akcji i możliwe stawki za podpisy. Kto płaci ankieterom za zbieranie podpisów? Łukasz Gibała, szef opozycyjnego klubu radnych Kraków dla Mieszkańców.
Posłuchaj rozmowy Jacka Bańki z Mariuszem Kękusiem i Grzegorzem Stawowym.
"Tak, płacimy ankieterom zbierającym podpisy" - mówi Łukasz Gibała, szef klubu Kraków dla Mieszkańców. Łukasz Gibała. To odpowiedź na zarzuty radnych Koalicji Obywatelskiej - Grzegorz Stawowy (przewodniczący klubu radnych KO) przekonywał na antenie Radia Kraków, że ktoś wynajmuje do tego wolontariuszy. Jego zdaniem nie jest to więc oddolna inicjatywa mieszkańców
W wypowiedzi dla Radia Kraków Łukasz Gibała tłumaczy:
Platforma Obywatelska i Aleksander Miszalski uwielbiają spiskowe teorie, więc oczywiście twierdzą, że to nie jest inicjatywa obywatelska i będą tak twierdzić. Ja się cieszę, że niewolnictwo już dawno się skończyło i każdy, kto ciężko pracuje przez osiem godzin, stoi na mrozie i zbiera podpisy, powinien być wynagradzany. Przy zbieraniu podpisów pod wcześniejszymi petycjami też wynagradzaliśmy ankieterów i tak jest w tym przypadku.
PiS włącza się w zbiorkę podpisów pod krakowskim referendum
"Ktoś inwestuje miliony w ten projekt"
Do zbiórki podpisów pod referendum odwoławczym w Krakowie włączyło się Prawo i Sprawiedliwość. Wniosek o referendum obejmuje nie tylko prezydenta Aleksandra Miszalskiego, ale też Radę Miasta. W Radiu Kraków Mariusz Kękuś (PiS) zadeklarował, że jego ugrupowanie będzie „czynnie w tym uczestniczyć”, choć sam nie jest członkiem komitetu referendalnego i – jak podkreślił – nie ma informacji o logistyce ani finansowaniu akcji.
Wątek pieniędzy i płacenia za zbieranie podpisów wywołał jednak w studiu ostrą dyskusję. Grzegorz Stawowy (Koalicja Obywatelska) zwracał uwagę, że część środowisk wspierających referendum – jak mówił – od miesięcy prowadzi działania związane ze zbiórką i rekrutacją osób do pracy w terenie. Przytoczył przykład ogłoszeń o poszukiwaniu „ankieterów terenowych” z wynagrodzeniem od 32 do 58 zł za godzinę, a także relacje o stawkach rzędu 50 zł za kartkę z podpisami (czyli 10 podpisów).
Obywatelskie referendum czy polityczna gra?
Stawowy wyliczał, że przy wymaganej liczbie ok. 60 tys. podpisów same koszty płacenia za podpisy mogłyby sięgać nawet kilkuset tysięcy złotych. Mówił też o – jak to ujął – rezerwacjach powierzchni reklamowych związanych z kampanią referendalną oraz wydatkach na dystrybucję gazet, co jego zdaniem może oznaczać, że „ktoś inwestuje miliony w ten projekt”.
Mariusz Kękuś odpowiadał, że nie wie, kto i komu płaci za zbiórkę, ale jednocześnie nie kwestionował, że takie wynagrodzenia mogą funkcjonować. Podkreślał przy tym, że – jego zdaniem – referendum jest efektem niezadowolenia mieszkańców z działań prezydenta, wskazując m.in. na podwyżki miejskich opłat i brak strategii rozwoju miasta.