Nie zmuszajmy nikogo do opowiadania o tym, co przeżył. Nie namawiajmy na siłę do powrotu na Rynek Główny. Czasem więcej niż rozmowa znaczy obiad zostawiony pod drzwiami albo telefon, którego nie trzeba odbierać. "W pomaganiu liczy się towarzyszenie" – tłumaczył w Radiu Kraków psycholog Stanisław Bobula.
Posłuchaj rozmowy Łukasza Sobieszkody ze Stanisławem Bobulą.
Czy ofiary i świadkowie tak dramatycznych wydarzeń są w stanie sami sobie z nimi poradzić? Czy takie doświadczenie trzeba przepracować? Czy pozostanie z nami na zawsze?
Pozostanie jako wspomnienie. Na całe szczęście jest trochę tak, że wtedy, kiedy nasz układ nerwowy wchodzi w tryb walki i ucieczki, czyli jesteśmy w dużym stresie, częściowo blokowany jest hipokamp, czyli ta część mózgu, która odpowiada za zapamiętywanie. Więc z biegiem czasu te wydarzenia przestają być tak silne i faktycznie mają na nas mniejsze oddziaływanie. Pozostają wspomnieniem.
Wydaje mi się, że starsi z nas pamiętają na przykład ataki na World Trade Center i nasze ówczesne wielkie zaskoczenie, relacje z tych wydarzeń i to, że nie wiadomo było, o co chodzi. Pamiętamy też świeżo pandemię. Przecież wtedy również wiązało się to z zagrożeniem życia i zdrowia właściwie wszystkich. A teraz mówimy o tym raczej spokojnie.
Na pewno osoby, które bezpośrednio tego doświadczyły, będą miały większą trudność z poradzeniem sobie z tym. Wszyscy mamy naturalne mechanizmy radzenia sobie w takich sytuacjach. Ale może być tak, że niektóre osoby przez to wydarzenie nie będą mogły zwyczajnie funkcjonować. Wtedy będą potrzebowały pomocy.
Psycholog o tragedii w Krakowie: „Będziemy przechodzić przez ten Rynek. Już trochę inny od dzisiaj”
Czy po takim doświadczeniu można pogrążyć się we wspomnieniach albo przeciwnie – wyprzeć to, co się wydarzyło? Jaki jest najlepszy sposób radzenia sobie z traumą?
To wygląda trochę inaczej, kiedy ktoś jest bezpośrednio zaangażowany, czyli uczestniczył w takim wydarzeniu. Tak jak na przykład osoby, których relacji przed chwilą słyszeliśmy, które były w Muzeum Narodowym w Sukiennicach w trakcie ataku i słyszały strzały. A zupełnie inaczej wygląda to u nas, osób postronnych, które dowiedziały się o tej sytuacji od znajomych czy z mediów.
Najlepiej leczy ludzi bycie w relacji - rodzina, przyjaciele. Sama obecność, nawet niekoniecznie rozmowy o tym, co się wydarzyło, bo to też jest ważna rzecz.
Już nie robi czegoś takiego, co nazywa się debriefingiem. Polegało to na tym, że po jakiejś bardzo trudnej sytuacji zachęcano osoby uczestniczące w tych wydarzeniach do bardzo dokładnego opisania tego, co zobaczyły i co czuły. Ponieważ to może tylko utrwalać te ślady pamięciowe i powodować w przyszłości większy problem z poradzeniem sobie z traumatyczną sytuacją.
Ale bycie w relacji i zadbanie o relacje przyjacielskie naprawdę może pomóc.
Podam przykład Simona Sineka, który opowiadał o tym, że bliska mu osoba kogoś straciła. Napisał do niej SMS-a: „Słuchaj, nie chcę ci teraz zawracać głowy. Natomiast pamiętaj, że codziennie o godzinie 16 będę do ciebie dzwonił. Nie musisz odbierać tego telefonu, jeżeli nie jesteś gotowy. Nie musisz mi nic odpisywać. Ja codziennie przez najbliższy miesiąc czy dwa będę po prostu do ciebie dzwonił. Jeżeli będziesz gotowy, to po prostu odbierzesz ten telefon ode mnie. Natomiast chcę też, żebyś wiedział, że o tobie myślę i jestem codziennie przy tobie”.
Dla mnie to chyba jeden z najwyższych poziomów wsparcia, takiego absolutnie nienarzucającego się bliskiej osobie, która jest w jakimś rodzaju kryzysu, straty.
Wojewoda małopolski o lekarzach, którzy na ulicy ratowali rannego policjanta: "Pokazujmy bohaterów"
Czy bliskich, którzy przeżyli tragedię, powinniśmy zachęcać do powrotu do zwykłych zajęć, na przykład do spaceru po Rynku? Czy lepiej poczekać, aż sami będą na to gotowi?
Zasada w pomaganiu jest jedna i bardzo prosta - nikogo do niczego nie popychamy, ponieważ zabieramy tej osobie sprawstwo.
To trochę tak jak namawianie ludzi do tego, żeby poszli do terapeuty. Jeżeli widzę problem, mówię: „Słuchaj, widzę, że masz trudność. Znam kilka osób. Tutaj mam na przykład jeden sprawdzony numer. Jeżeli chcesz, mogę ci go wysłać. Natomiast to ty decydujesz o tym, jak sobie będziesz radził z tym problemem”.
Widzimy, że może ktoś się męczy. Widzimy, że ma jakąś trudność. Możemy w nienarzucający się sposób zaproponować swoją pomoc albo nawet jakieś konkretne rozwiązanie, ale z takim dodatkowym zapewnieniem: „Zrobisz, jak uważasz. Twoja decyzja”. Absolutnie.
Sugerujemy, ale nie popychamy?
Tak. W pomaganiu liczy się towarzyszenie i czasami to, że ja po prostu przyjdę do kogoś i zrobię mu obiad, trochę się nim zaopiekuję.
Mogę nawet nie pytać, tylko po prostu przynieść komuś jedzenie. Mogę napisać: „Masz jedzenie pod drzwiami i w dowolnym momencie możesz z tego skorzystać”. Jeżeli chciałby się ze mną spotkać, to w każdym momencie, kiedy tylko nie jestem w pracy, albo zapraszam go do siebie, albo mogę przyjść.
Czyli w taki delikatny, nienarzucający się sposób, żeby każda osoba, szczególnie taka, która bezpośrednio doświadczyła niezwykle trudnej sytuacji, miała możliwość poradzenia sobie na swój sposób.
Osoby, które doświadczyły czegoś takiego, lub nawet osoby postronne, które bardzo przeraziła ta sytuacja i mocno wstrząsnęła ich poczuciem bezpieczeństwa, zachęcam, żeby wylogowały się z portali społecznościowych. Mawet wyłączyły radio, wyszły na spacer albo przynajmniej pobyły z kimś, zrobiły razem jakieś proste danie.
Nasze mózgi są niezwykle relacyjne i przez wszystkie tysiące lat, kiedy ludzkość istniała, kiedy funkcjonował Homo sapiens, większość problemów rozwiązywaliśmy w grupie. I my tego potrzebujemy.
To, co najgorsze możemy sobie zrobić, to zamknąć się w czterech ścianach ze smartfonem w ręku i pogrążać się w zalewie informacji lub wykonywać jakieś działania zastępcze, typu przeglądanie TikToków bądź innych platform, które zupełnie nic nie wnoszą.
My się wtedy czujemy osamotnieni. Najlepszym lekiem na uzależnienie od telefonu jest po prostu kontakt z innymi ludźmi i wyjście na zewnątrz.