Zaproszenie do pracowni artysty to radość i przywilej. Do swojej pracowni, a zarazem mieszkania, zaprosiła nas krakowska artystka Aleksandra Młynarczyk-Gemza, fotografka, performerka, nominowana do narody Nike pisarka, autorka filmów. Rozmawiamy w miejscu pełnym zdjęć, obrazów, rysunków i kolaży, podczas przygotowań do kolejnej wystawy. Wernisaż ekspozycji zat. "Zdjęcie maski" w klubie Piękny Pies już na początku lipca.
Posłuchaj podcastu
Justyna Nowicka: Dziękuję za zaproszenie!
Aleksandra Młynarczyk-Gemza: Zależało mi, żebyś odwiedziła mnie w miejscu, gdzie od kilku lat powstają moje prace, i skąd niedługo się wyprowadzam. Pewien rozdział dobiegnie końca.
JN: Łączysz pracę z życiem, ta ambiwalencja może być kłopotliwa, prawda?
AM-G: Bywa trudno, czasem rzeczywiście niezbyt łatwo odseparować te światy, złapać dystans. Ale ma to też dobre strony: bardzo szybko można przeskoczyć z prywatnego do pracującego, od bardzo intymnego do szybko naszkicowanego, czy zapisanego. Ta formuła dla mnie się sprawdza także z przyczyn ekonomicznych: tak jest prościej, nie trzeba wynajmować kolejnej przestrzeni. A może jest i trochę bardziej ekologicznie.
JN: Dobrze, że o tym mówisz. Dla wielu słuchaczy może być odkryciem, ze nie każdy artysta ma do dyspozycji wielką, autonomiczną pracownię, że jego życie i praca, nie tylko mogą się łączyć, ale się w sposób całkowicie naturalny i oczywisty przenikają.
AM-G:
Bardzo wielu artystów funkcjonuje w ten sposób. Ta "przypadłość" czasami może być rozpoznawana jako przykra dolegliwość, a czasami jako wielki przywilej, czy wręcz jakieś "namaszczenie kosmosu".
Natomiast ważne jest, żebyśmy pamiętali, my artystki, artyści, ale też osoby, które w jakiś sposób stykają się z naszymi pracami, że to właśnie (malowanie, rysowanie, tworzenie kolaży, instalacji) jest nasza praca i nasz zawód. Co się łączy z tym, że my także, jak każdy zatrudniony, potrzebujemy różnego rodzaju zabezpieczeń - żeby na przykład zapłacić za mieszkanie. Albo, żeby na przykład móc korzystać z usług lekarzy, czy myśleć o przyszłości, chociaż minimalnie z jakimś zabezpieczeniem.
JN: To też są normalne tematy, czasem całkowicie ignorowane na przykład przez organizatorów życia artystycznego.
AM-G: Natomiast zdaję sobie sprawę, że to jest ogromny przywilej, mieć możliwość utrzymywania się z pracy artystycznej. To jest wielkie szczęście, przywilej, luksus, naprawdę to doceniam.
JN: Tworzysz na pograniczu mediów, ale wątki feministyczne, temat kobiecego ciała, uwalniania go spod "dyktatury" spojrzenia, wydają się kluczowe dla całej Twojej twórczości.
AM-G: Kończę prace na nową wystawę, ale rzeczywiście, w mojej sztuce bardzo różne wątki się ze sobą łączą. Sztuki wizualne przenikają się z pisaniem, a pisanie na przykład z rysunkiem. Dobrym przykładem może być moja praca doktorska zat. "W stronę integracji cienia. Kobiecy foto-rytuał". Obok pracy naukowej powstała książka, a obok książki wystawa fotografii. Wtedy zainspirowały mnie pojęcia cienia oraz konfrontacji z cieniem pochodzące z koncepcji indywiduacji autorstwa Carla Gustava Junga. Posłużyły mi one jako metafory spotkania z tym, co kobiece, ale w naszej kulturze niechciane, przemilczane, wręcz wyklęte. Choć książka jest integralną częścią pracy doktorskiej powstałej na Wydziale Sztuki Uniwersytetu Pedagogicznego im. KEN w Krakowie, może z powodzeniem funkcjonować samodzielnie jako artystyczny album.
Moją przedostatnią wystawę, którą zrobiłam na tegorocznego Krakersa, nazwałam, za książką Annie Ernaux "Getting Lost". Odwoływała się do pisarstwa francuskiej noblistki, która z piękną swobodą mówi o kobiecej zmysłowości, seksualności, o kobiecym pożądaniu. Te prace, które ostatnio tworzę, to kolaże z zasobów mojego archiwum fotograficznego i rzeczywiście mamy tu pewną ciągłość.
JN: No to czas na pytanie bardzo adekwatne do sytuacji: nad czym teraz pracujesz?
AM-G: Otwierając projekt doktorski "W stronę integracji cienia..." zainicjowałam serię spotkań z modelkami, które dziwnie zaczęły do mnie napływać, jakby poza trochę moją organizacją czy jakąś decyzyjnością. Po prostu pojawiały się wokół mnie kobiety zainteresowane tym, żeby wspólnie pracować nad obrazem ich ciała, rozmawiać o tym, co w Polsce ciągle lubi być w strefie tabu, czyli o pożądaniu, seksualności, poczuciu swobody ciała, ale też o wątkach związanych z mitem urody, z tym, co nam jest narzucane. Mam wrażenie, że ten projekt nie przestaje we mnie pracować.
I dlatego na wystawie "Zdjęcie maski" w Pięknym Psie pokażę cykl najnowszych kolaży, wykonanych ze zdjęć z mojego archiwum z ostatnich siedmiu lat.
Zobaczymy hybrydowe formy ciał kobiecych: łączone ze sobą, ręce, uda i pośladki, przeplatające się w uściskach, w przytuleniach, w gestach, ale może też w jakichś próbach zasłonięcia tego, co intymne, z intencją schowania, ochronienia, zabezpieczenia. I prace z akcentem czerwieni, bo czerwień jest dominantą, która mnie prześladuje. Mówi o byciu uważnym, ale też o pasji, o krwi, o cierpieniu. Czerwień jest dla mnie ważnym znakiem, który kumuluje mnóstwo treści mocnych, głębokich.
W Pięknym Psie będzie też piękny pies, czyli moja fotografia z roku 2018, za którą w 2019 dostałam wspaniałą nagrodę Obraz Roku na Krakowskim Salonie Sztuki. Przez dwa miesiące nie miałam problemu z tym, co zjem na obiad!
Aleksandra Młynarczyk-Gemza, artystka multimedialna, fotografka, performerka. Od 2008 mieszka i pracuje w Krakowie. Absolwentka Wydziału Malarstwa ASP im. Jana Matejki, doktorat Wydziale Sztuki Uniwersytetu Pedagogicznego im. KEN. Odbyła liczne staże w galeriach sztuki współczesnej (m.in. w Pałacu Sztuki Współczesnej Galerii Narodowej w Pradze). Po studiach związana ze środowiskiem twórczym Fundacji Razem Pamoja i Kraków Art House. W swoich intermedialnych projektach chętnie przyjmuje perspektywę arteterapeutyczną. Jej książka zat. "Zapiski wariatki" nominowana była w 2023 roku do Nagrody Nike.
Głośne „Zapiski wariatki” Aleksandry Młynarczyk-Gemzy teraz w wersji kolaży