Lira korbowa, długie pieśni o marności życia, śmierci i sądzie ostatecznym, a do tego wędrówka od wsi do wsi. Dawni dziadowie nie byli wyłącznie żebrakami proszącymi o jedzenie i kilka groszy. W kulturze tradycyjnej postrzegano ich także jako przybyszów z innego świata, ludzi mających szczególny kontakt z zaświatami. Ich pieśni przynosiły wieści, opowiadały historie świętych, przypominały o przemijaniu i nierzadko kończyły się moralizatorską puentą. Dziś tę tradycję przypomina Przemysław Ostrowski, muzyk znany jako Lirnik z Dzierążni, który w okolicach Wszystkich Świętych pojawia się na krakowskich cmentarzach.
Posłuchaj
Nie każdy dziad był taki sam
Słowo „dziad” nie zawsze miało pejoratywne znaczenie, jakie znamy dzisiaj. W tradycyjnej kulturze dziadowie mogli cieszyć się szacunkiem, a niektórzy z nich zajmowali szczególne miejsce w lokalnej społeczności. Byli postrzegani jako ludzie, którzy dużo widzieli, wiele przeżyli i przynosili wiadomości z odległych miejsc. Szczególnie wyróżniali się wędrowni śpiewacy, którym towarzyszyła lira korbowa lub, na wschodnich terenach dawnej Rzeczypospolitej, kobza.
„Możemy też powiedzieć z nobilitacją i z pełnym szacunkiem, dziadowie. Czyli nasi przodkowie” – tłumaczy Przemysław Ostrowski. Wierzono, że wędrowni dziadowie mają kontakt z innym wymiarem, a nawet są przybyszami ze świata zmarłych. Dlatego dobrze było przyjąć takiego gościa, ofiarować mu jedzenie lub drobny datek, a w zamian poprosić o modlitwę za dusze bliskich.
Drogi do zostania dziadem bywały różne. Część ludzi wyruszała w świat z powodu biedy, starości czy braku możliwości utrzymania się. Inni nie odnajdywali się w tradycyjnym życiu wiejskim. Wśród wędrownych śpiewaków byli też ludzie, którzy musieli wykazać się określonymi umiejętnościami. Na wschodnich rubieżach Rzeczypospolitej lirnicy zrzeszali się w cechach, a kandydaci musieli zdawać egzaminy, znać repertuar, a nawet posługiwać się specjalnym slangiem i tajemnymi znakami. „Żeby stać się takim dziadem lirnikiem, trzeba było wykazać się różnymi umiejętnościami” – podkreśla muzyk.
Pieśni, które przynosiły wieści ze świata
Dawni dziadowie byli kimś w rodzaju wędrownych kronikarzy. W czasach bez radia, telewizji i powszechnego dostępu do informacji ich pieśni pozwalały dowiedzieć się, co dzieje się daleko od rodzinnej wsi. Śpiewali o bitwie pod Wiedniem, wojnach tureckich i ważnych wydarzeniach historycznych. W repertuarze znajdowały się także pieśni hagiograficzne, opowiadające o życiu świętych oraz historie apokryficzne, między innymi o sądzie ostatecznym.
Nie brakowało utworów bardzo długich, liczących nawet czterdzieści zwrotek. Ich zadaniem nie było wyłącznie dostarczenie rozrywki. Ważna była refleksja, a przede wszystkim moralizatorska puenta.
Wśród tradycyjnych źródeł repertuaru znajdują się między innymi zapisy Oskara Kolberga oraz dziewiętnastowieczny śpiewnik pelpliński. Wiele zawartych w nim utworów ma barokowy, a nawet wcześniejszy rodowód. Jedna z pieśni opowiada o duszy, która po śmierci opuszcza ciało i wyrusza na zieloną łąkę, by poznać swoje dalsze losy. Znana jest w różnych regionalnych wariantach, także na Podlasiu.
Lira, która potrafi wzruszyć
Nieodłącznym elementem wizerunku wędrownego śpiewaka była lira korbowa. To instrument o europejskiej historii liczącej około tysiąca lat. Na zachodzie kontynentu pojawiał się nawet na dworach królewskich i w muzyce klasycznej epoki baroku. W Polsce znalazł jednak szczególne miejsce w kulturze wędrownych muzykantów.
Jej charakterystyczny dźwięk trudno pomylić z innym instrumentem. Jest jednostajny, nieco płaczliwy, a dzięki strunom burdonowym może wprowadzać słuchacza w swoisty trans. „Taka lirą można też zdobyć wzruszenie słuchaczy” – zauważa muzyk. Sam podczas gry również doświadcza tego stanu, dlatego uważa lirę za instrument idealny do wykonywania dawnych pieśni.
Przemysław Ostrowski od sześciu, siedmiu lat wraca z lirą na krakowskie cmentarze. Grał już między innymi na Rakowickim, Salwatorskim, Podgórskim, Batowickim i Grębałowskim. Potrafi spędzić przy instrumencie od ośmiu do dziesięciu godzin, śpiewając długie utwory o przemijaniu, świętych i losach ludzkiej duszy. Zainteresowanie przechodniów często zaczyna się od pytania o sam instrument. Coraz więcej osób rozpoznaje już jednak lirę korbową, a niektórzy zatrzymują się na dłużej, by wysłuchać całej pieśni. „Najbardziej mnie cieszy, kiedy widzę, że ktoś przystanie nawet troszkę dalej i przez pół godziny albo przez godzinę słucha tych wszystkich zwrotek” – przyznaje.
Wziąć tobołek i ruszyć przed siebie
Współczesny Lirnik z Dzierążni na kilka dni w roku wraca do dawnej tradycji także w bardziej dosłownym znaczeniu. Ma kapelusz, do którego przechodnie mogą wrzucić datek, lirę i repertuar, który nie stracił swojej aktualności. Nie wyznacza jednak sztywnej trasy. W okolicach Wszystkich Świętych sam decyduje, na który krakowski cmentarz się uda. Chce dotrzeć do jak największej liczby osób, również tych, które nie odwiedzają wszystkich nekropolii.
W tym roku wędrowanie nie ograniczyło się zresztą do Krakowa. Wraz z przyjacielem, który zajmuje się muzyką średniowieczną i renesansową, Przemysław Ostrowski wybrał się do Austrii i Włoch. Podróżowali bez szczegółowego planu, grając na dwóch lirach korbowych między innymi w Bolonii, Padwie i Salzburgu, gdzie przed został usunięty przez użytkownika Jowita Galka/PRK] pomnikiem Mozarta wykonywali pieśni Meistersingerów i trubadurów.
W dawnym wędrownym stylu jest coś, co szczególnie przyciąga muzyka. „Chcielibyśmy tak żyć, żeby po prostu wziąć swój tobołek i iść przed siebie” – mówi. Podczas listopadowych występów chciałby jednak przede wszystkim przypomnieć o czymś, co łatwo zgubić w pośpiechu odwiedzania kolejnych grobów. Pieśni dziadowskie są zaproszeniem do zatrzymania się, pomyślenia o przemijaniu i własnym losie. Bo choć świat się zmienił, pytania o marność życia, śmierć i to, co po nas zostaje, wciąż pozostają aktualne.