Niedziela, 1 lis 7 °C Jakość powietrza: Bardzo dobra Na antenie
Menu dostępności (CTRL+U)
Zmień kontrast
Podświetl linki
Zatrzymaj animacje
Powiększ tekst
Szerokość tekstu
Wysokość linii
Resetuj ustawienia

Dziad, który wiedział więcej. Pieśni, lira korbowa i wędrówka między światami

Lira korbowa, długie pieśni o marności życia, śmierci i sądzie ostatecznym, a do tego wędrówka od wsi do wsi. Dawni dziadowie nie byli wyłącznie żebrakami proszącymi o jedzenie i kilka groszy. W kulturze tradycyjnej postrzegano ich także jako przybyszów z innego świata, ludzi mających szczególny kontakt z zaświatami. Ich pieśni przynosiły wieści, opowiadały historie świętych, przypominały o przemijaniu i nierzadko kończyły się moralizatorską puentą. Dziś tę tradycję przypomina Przemysław Ostrowski, muzyk znany jako Lirnik z Dzierążni, który w okolicach Wszystkich Świętych pojawia się na krakowskich cmentarzach.

Stary mężczyzna z Podola
"Stary mężczyzna z Podola". Wykonane w przedziale lat 1925-1939. Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe

Posłuchaj


Nie każdy dziad był taki sam

Słowo „dziad” nie zawsze miało pejoratywne znaczenie, jakie znamy dzisiaj. W tradycyjnej kulturze dziadowie mogli cieszyć się szacunkiem, a niektórzy z nich zajmowali szczególne miejsce w lokalnej społeczności. Byli postrzegani jako ludzie, którzy dużo widzieli, wiele przeżyli i przynosili wiadomości z odległych miejsc. Szczególnie wyróżniali się wędrowni śpiewacy, którym towarzyszyła lira korbowa lub, na wschodnich terenach dawnej Rzeczypospolitej, kobza.

„Możemy też powiedzieć z nobilitacją i z pełnym szacunkiem, dziadowie. Czyli nasi przodkowie” – tłumaczy Przemysław Ostrowski. Wierzono, że wędrowni dziadowie mają kontakt z innym wymiarem, a nawet są przybyszami ze świata zmarłych. Dlatego dobrze było przyjąć takiego gościa, ofiarować mu jedzenie lub drobny datek, a w zamian poprosić o modlitwę za dusze bliskich.

Drogi do zostania dziadem bywały różne. Część ludzi wyruszała w świat z powodu biedy, starości czy braku możliwości utrzymania się. Inni nie odnajdywali się w tradycyjnym życiu wiejskim. Wśród wędrownych śpiewaków byli też ludzie, którzy musieli wykazać się określonymi umiejętnościami. Na wschodnich rubieżach Rzeczypospolitej lirnicy zrzeszali się w cechach, a kandydaci musieli zdawać egzaminy, znać repertuar, a nawet posługiwać się specjalnym slangiem i tajemnymi znakami. „Żeby stać się takim dziadem lirnikiem, trzeba było wykazać się różnymi umiejętnościami” – podkreśla muzyk.

Pieśni, które przynosiły wieści ze świata

Dawni dziadowie byli kimś w rodzaju wędrownych kronikarzy. W czasach bez radia, telewizji i powszechnego dostępu do informacji ich pieśni pozwalały dowiedzieć się, co dzieje się daleko od rodzinnej wsi. Śpiewali o bitwie pod Wiedniem, wojnach tureckich i ważnych wydarzeniach historycznych. W repertuarze znajdowały się także pieśni hagiograficzne, opowiadające o życiu świętych oraz historie apokryficzne, między innymi o sądzie ostatecznym.

Nie brakowało utworów bardzo długich, liczących nawet czterdzieści zwrotek. Ich zadaniem nie było wyłącznie dostarczenie rozrywki. Ważna była refleksja, a przede wszystkim moralizatorska puenta. 
Wśród tradycyjnych źródeł repertuaru znajdują się między innymi zapisy Oskara Kolberga oraz dziewiętnastowieczny śpiewnik pelpliński. Wiele zawartych w nim utworów ma barokowy, a nawet wcześniejszy rodowód. Jedna z pieśni opowiada o duszy, która po śmierci opuszcza ciało i wyrusza na zieloną łąkę, by poznać swoje dalsze losy. Znana jest w różnych regionalnych wariantach, także na Podlasiu.

Gość audycji Przed horyzontem Przemysław Ostrowski w studiu Radia Kraków wraz ze swym instrumentem
Gość audycji Przed horyzontem Przemysław Ostrowski

Lira, która potrafi wzruszyć

Nieodłącznym elementem wizerunku wędrownego śpiewaka była lira korbowa. To instrument o europejskiej historii liczącej około tysiąca lat. Na zachodzie kontynentu pojawiał się nawet na dworach królewskich i w muzyce klasycznej epoki baroku. W Polsce znalazł jednak szczególne miejsce w kulturze wędrownych muzykantów.

Jej charakterystyczny dźwięk trudno pomylić z innym instrumentem. Jest jednostajny, nieco płaczliwy, a dzięki strunom burdonowym może wprowadzać słuchacza w swoisty trans. „Taka lirą można też zdobyć wzruszenie słuchaczy” – zauważa muzyk. Sam podczas gry również doświadcza tego stanu, dlatego uważa lirę za instrument idealny do wykonywania dawnych pieśni.

Przemysław Ostrowski od sześciu, siedmiu lat wraca z lirą na krakowskie cmentarze. Grał już między innymi na Rakowickim, Salwatorskim, Podgórskim, Batowickim i Grębałowskim. Potrafi spędzić przy instrumencie od ośmiu do dziesięciu godzin, śpiewając długie utwory o przemijaniu, świętych i losach ludzkiej duszy. Zainteresowanie przechodniów często zaczyna się od pytania o sam instrument. Coraz więcej osób rozpoznaje już jednak lirę korbową, a niektórzy zatrzymują się na dłużej, by wysłuchać całej pieśni. „Najbardziej mnie cieszy, kiedy widzę, że ktoś przystanie nawet troszkę dalej i przez pół godziny albo przez godzinę słucha tych wszystkich zwrotek” – przyznaje.

Wziąć tobołek i ruszyć przed siebie

Współczesny Lirnik z Dzierążni na kilka dni w roku wraca do dawnej tradycji także w bardziej dosłownym znaczeniu. Ma kapelusz, do którego przechodnie mogą wrzucić datek, lirę i repertuar, który nie stracił swojej aktualności. Nie wyznacza jednak sztywnej trasy. W okolicach Wszystkich Świętych sam decyduje, na który krakowski cmentarz się uda. Chce dotrzeć do jak największej liczby osób, również tych, które nie odwiedzają wszystkich nekropolii.

W tym roku wędrowanie nie ograniczyło się zresztą do Krakowa. Wraz z przyjacielem, który zajmuje się muzyką średniowieczną i renesansową, Przemysław Ostrowski wybrał się do Austrii i Włoch. Podróżowali bez szczegółowego planu, grając na dwóch lirach korbowych między innymi w Bolonii, Padwie i Salzburgu, gdzie przed został usunięty przez użytkownika Jowita Galka/PRK]  pomnikiem Mozarta wykonywali pieśni Meistersingerów i trubadurów.

W dawnym wędrownym stylu jest coś, co szczególnie przyciąga muzyka. „Chcielibyśmy tak żyć, żeby po prostu wziąć swój tobołek i iść przed siebie” – mówi. Podczas listopadowych występów chciałby jednak przede wszystkim przypomnieć o czymś, co łatwo zgubić w pośpiechu odwiedzania kolejnych grobów. Pieśni dziadowskie są zaproszeniem do zatrzymania się, pomyślenia o przemijaniu i własnym losie. Bo choć świat się zmienił, pytania o marność życia, śmierć i to, co po nas zostaje, wciąż pozostają aktualne.

Najpopularniejsze

  • Spore opóźnienia na kolei. To był trudny piątek dla pasażerów kolei

    Maciej Wodziński

  • Atak nożownika w krakowskiej aptece. Trzy farmaceutki ranne, napastnik obezwładniony

    Ola Sobczak

  • News Radia Kraków

    News Radia KrakówPrezydent Gibała bierze się za pełnomocników? W poniedziałek ważne spotkania w magistracie

    Łukasz Sobieszkoda

  • Konflikt z proboszczem nie pozbawił go stanowiska. Mieszkańcy Cikowic obronili sołtysa

    Natalia Ertman

  • Żużlowa awantura o Tarnów. Prezes Motoru Lublin ostro odpowiada prezydentowi miasta

    Bartłomiej Maziarz

  • Zabytkowa synagoga w Trzebini znalazła nabywcę. Fundacja zapłaci za nią 100 tysięcy złotych

    Natalia Feluś

Najnowsze

  • Pod kaplicą spoczywa niemal cały ród Sanguszków. Dziś można zajrzeć do krypty

  • To jedno z najciekawszych miejsc na Starym Cmentarzu w Tarnowie. Dziś otwarte dla wszystkich

  • Słowaccy ratownicy odnaleźli w nocy zaginionego polskiego turystę

  • Dziad, który wiedział więcej. Pieśni, lira korbowa i wędrówka między światami

  • Hospicjum św. Łazarza. Także opiekunowie i rodziny mogą liczyć na wsparcie

  • Jaka pogoda na Wszystkich Świętych i Zaduszki? Jesień pokazuje chłodniejsze oblicze