Krystyna Zachwatowicz-Wajda miała 14 lat, gdy wybuchło Powstanie Warszawskie. Była łączniczką w tajnym harcerstwie, działała pod pseudonimem „Czyżyk”. W czasie dwóch miesięcy powstania codziennie wychodziła na ulice Warszawy, wykonując powierzone zadania. W rozmowie z Sylwią Paszkowską powraca do tamtych chwil i opowiada o swoje codziennej służbie.
„Prawdziwą bohaterką Powstania była moja matka"
Gdy wybuchło Powstanie Warszawskie, Krystyna Zachwatowicz-Wajda miała 14 lat i od roku działała już w tajnym harcerstwie. Jako łączniczka o pseudonimie „Czyżyk” miała konkretny przydział zadań:
Mieliśmy taki mały punkt zborny na Wilczej, niedaleko mojego domu. Codziennie rano szłam na Wilczą, do tego punktu zbiórki, i tam dostawałyśmy zadania na dany dzień. To były różne obowiązki — jako łączniczka dostawałam na przykład meldunek, który musiałam zanieść w konkretne miejsce.
Jako łączniczka, Zachwatowicz-Wajda roznosiła meldunki między punktami, często ryzykując życie. Jedno z takich zadań skończyło się dramatycznie – po dostarczeniu wiadomości na drugą stronę Marszałkowskiej, dowódca nie pozwolił jej wrócić z powodu intensywnego ostrzału. Spędziła całą noc poza domem, a matka, której nie mogła zawiadomić, czekała w niepewności.
Zawsze uważałam, że prawdziwą bohaterką Powstania była moja matka. Codziennie rano wychodziłam na punkt zbiórki, by wykonać przydzielone nam zadania. Codziennie rano wychodził też mój ojciec — miał grupę ludzi, z którą ratował to, co uznawano za cenne: obrazy, zbiory książek, wszystko to, co udało się zlokalizować. A moja matka zostawała w domu. Siedziała i czekała do nocy. Gdy pewnej nocy nie wróciłam, nawet nie chcę sobie wyobrażać, co musiała wtedy przeżywać. A kiedy następnego dnia znów wyszłam na Wilczą, nie powiedziała ani słowa. Ani słowa wyrzutu, ani słowa: ‘nie idź’, ‘zostań w domu’, ‘nie wychodź’. Nie usłyszałam od niej nic takiego.
Od euforii do codziennej walki o przetrwanie
Pierwsze dni sierpnia 1944 roku upływały pod znakiem euforii. Można było legalnie zawiesić biało-czerwoną flagę i znów poczuć się jak u siebie. Jednak z każdą kolejną wiadomością z Woli, Starego Miasta czy Mokotowa – o masakrach, grabieżach i zniszczeniach – entuzjazm zamieniał się w trwogę.
Jedną rzecz pamiętam dobrze. Pytała mnie pani, czy się bałam — ja się nie bałam w ogóle. Ale to raczej z głupoty niż z odwagi, bo myślę, że człowiek odważny, taki, który naprawdę coś robi, musi się bać i ten strach przezwyciężać. A ponieważ ja się nie bałam — no, głupia byłam po prostu. Albo nie wiem... może to był jakiś brak wyobraźni. Nie pamiętam uczucia strachu.
W późniejszym etapie Powstania Warszawskiego młoda Krystyna została przydzielona do wojskowej służby społecznej. Wraz z koleżankami chodziły od mieszkania do mieszkania, zbierając odżywki dla niemowląt. W warunkach absolutnego niedoboru – bez zapasów, bez dostępu do jedzenia – była to walka o przetrwanie najmłodszych. Jak wspomina, mimo tragicznej sytuacji mieszkańców, nigdy nie spotkała się z odmową lub agresją: „Nie pamiętam ani jednego razu, żeby ktoś zareagował niechętnie”. Ludzie dawali to, co mieli – mleko w proszku, kaszki, a jeśli nie mieli nic, to po prostu nie dawali. Ale nie było w tym złej woli.
(Cała rozmowa do posłuchania)