Polacy zarabiają więcej, ale za swoje pensje mogą kupić coraz mniej. Głównym winowajcą są rosnące ceny paliw – ocenia prof. Bartłomiej Biga z Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie. W rozmowie z Radiem Kraków ekonomista ostrzega, że drogi diesel i wysokie ceny gazu mogą napędzać kolejne podwyżki, a wynagrodzenia nie będą nadążać za inflacją.
-
Polacy zarabiają więcej, ale rosnące ceny sprawiają, że za swoje pensje mogą kupić coraz mniej.
-
Zdaniem prof. Bartłomieja Bigi z Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie głównym winowajcą są wysokie ceny paliw, szczególnie diesla.
-
Ekonomista ostrzega, że rosnące koszty transportu mogą przełożyć się na kolejne podwyżki cen w sklepach, a zbliżająca się zima zwiększy zapotrzebowanie na drogi gaz.
-
Sytuację pogarsza słabnąca pozycja pracowników na rynku pracy, przez co coraz trudniej wywalczyć podwyżki wynagrodzeń rekompensujące inflację.
Posłuchaj rozmowy
Polacy zarabiają więcej, ale mogą kupić mniej
Jeszcze niedawno wzrost wynagrodzeń pozwalał wielu pracownikom odrabiać straty spowodowane inflacją. Teraz sytuacja zaczyna się zmieniać. Z przywołanego w programie „O tym się mówi” indeksu realnego portfela Polaka wynika, że w ubiegłym miesiącu ceny rosły szybciej niż wynagrodzenia. Oznacza to, że mimo nominalnych podwyżek siła nabywcza pensji spadała.
Ile zarabia się w Małopolsce? Kraków napędza statystyki płac
Zdaniem prof. Bartłomieja Bigi jednym z najważniejszych powodów pogorszenia sytuacji są zawirowania na rynku paliw. Szczególnie niepokojące pozostają ceny oleju napędowego, od których w dużym stopniu zależą koszty transportu, a pośrednio także ceny produktów trafiających na sklepowe półki.
Drogi diesel może podnieść ceny w sklepach
Choć kierowcy obserwują ostatnio spadki cen na stacjach paliw, sytuacja pozostaje niepewna. Największym problemem jest diesel, którego ceny nie zależą wyłącznie od notowań ropy naftowej.
Jak tłumaczy ekonomista, istotne znaczenie ma również dostępność rafinerii zdolnych do produkcji oleju napędowego. Część zakładów została wyłączona z powodu działań wojennych, inne są zamykane, ponieważ przez lata ograniczano inwestycje w produkcję tego paliwa.
W dużej mierze tak, chociaż jakoś jest tak, że przedsiębiorcy w jakiś sposób to kompensują. To znaczy nie jest tak, że przekłada się to jeden do jednego. Tutaj jedyne ryzyko jest takie, że chyba nikt nie liczy na to, że diesel znów stanie się w miarę tani.
— mówi prof. Bartłomiej Biga.
Przedsiębiorcy próbują na razie ograniczać skutki wysokich cen paliw, między innymi godząc się na niższe marże. Nie oznacza to jednak, że będą w stanie robić to bez końca.
Jeśli drogi diesel okaże się trwałym zjawiskiem, firmy transportowe i handlowe mogą zacząć przenosić większą część kosztów na klientów.
Może się okazać, że ta presja będzie tak duża, że w końcu rozleje się to po gospodarce. I to jest coś, czego ekonomiści bardzo się boją, czego boi się bank centralny, czego boi się także rząd.
— podkreśla ekspert.
W praktyce oznaczałoby to wzrost cen nie tylko transportu, ale również żywności i wielu innych produktów, których dostarczenie do sklepów wymaga wykorzystania samochodów ciężarowych.
Ceny paliw napędzają inflację. Przed nami jeszcze zima
Prof. Biga nie ma wątpliwości, że problemy na rynku paliw odgrywają istotną rolę w obecnej sytuacji gospodarczej. Zapytany o spadek realnej wartości wynagrodzeń wskazuje właśnie na koszty energii.
Tutaj z całą pewnością główny winowajca to właśnie ceny paliw. To wszystko w ogóle bardzo taką ciemną perspektywę przed nami rysuje, bo zbliża się zima, jeszcze będzie potrzebny gaz do ogrzewania domów.
— tłumaczy ekonomista.
Zbliżający się sezon grzewczy może dodatkowo zwiększyć presję na ceny. Gaz jest potrzebny nie tylko gospodarstwom domowym, ale także zakładom przemysłowym.
Czy komornik może zabrać całą pensję i wejść na konto bankowe?
Ekonomista zwraca uwagę, że wiele państw próbuje obecnie uzupełniać zapasy surowca. Wcześniej część z nich liczyła, że problemy cenowe okażą się przejściowe. Teraz, wobec nadchodzącej zimy, zabezpieczenie dostaw staje się pilniejsze.
To oznacza kolejne ryzyko dla inflacji, a w konsekwencji również dla siły nabywczej wynagrodzeń.
Pensje rosną coraz wolniej. Pracownikom trudniej wywalczyć podwyżki
Problemem nie jest wyłącznie wzrost cen. Równocześnie słabnie dynamika wynagrodzeń, a pracownicy mają coraz mniejsze możliwości negocjowania podwyżek.
Jeszcze niedawno sytuacja na rynku pracy była dla nich znacznie korzystniejsza. Firmy konkurowały o pracowników, a wynagrodzenia rosły szybko, niekiedy nawet szybciej niż wydajność pracy.
Zdaniem prof. Bigi ten okres stopniowo się kończy.
Wszystko wskazuje na to, że pracownicy mają coraz większe trudności w wywalczaniu podwyżek. To już nie jest ten czas, kiedy inflacja była szalona, ale także bardzo szybko rosły wynagrodzenia.
— uważa prof. Biga.
Ekspert podkreśla, że nawet w branżach, w których nie dochodzi do masowych zwolnień, pozycja negocjacyjna pracowników może być słaba.
Jeżeli są jakieś podwyżki, to są one niewielkie i często nawet nie starczają na to, żeby pokryć straty wynikające z inflacji.
— dodaje.
Czy można liczyć na szybkie odwrócenie tej tendencji?
Na krótką metę na pewno nie. Dłuższe perspektywy są bardziej mgliste.
Czy w Polsce nadal mamy rynek pracownika?
Zdaniem ekonomisty nie można już mówić o jednym, jednolitym rynku pracy w Polsce. Sytuacja różni się w zależności od regionu, branży i kwalifikacji pracowników.
W niektórych miejscach przedsiębiorcy wciąż mają ogromne trudności ze znalezieniem odpowiednich osób. Dotyczy to zarówno dużych miast, jak i zakładów położonych z dala od największych ośrodków gospodarczych, które często korzystają z pracy cudzoziemców.
Młodzi bez pracy? Ekspert: nie ma powodów do paniki
Są jednak również powiaty, w których bezrobocie sięga kilkunastu procent. Tam pracownicy, szczególnie bez specjalistycznych kwalifikacji, mają znacznie mniejsze możliwości negocjowania warunków zatrudnienia.
Są dwa rynki pracy tak naprawdę. Rzeczywiście chyba jeszcze więcej jest takich miejsc, gdzie to brakuje pracowników, ale niestety są takie miejsca [...] gdzie pracodawca dyktuje warunki i pracownik nie może nic negocjować.
— mówi prof. Biga.
Ta nierównowaga sprawia, że dla części Polaków podwyżka wynagrodzenia staje się coraz trudniejsza do uzyskania, nawet jeśli codzienne koszty życia nadal rosną.
Zmiany podatkowe pomogą klasie średniej? „To tylko kosmetyka”
Jednym ze sposobów poprawy sytuacji finansowej gospodarstw domowych mogą być zmiany w systemie podatkowym. W rozmowie pojawił się temat przyjętych przez parlament rozwiązań dotyczących progów podatkowych i obciążeń osób osiągających dochody w okolicach średniej krajowej.
Prof. Biga ocenia proponowane rozwiązania jako potrzebne, ale zdecydowanie niewystarczające:
To jest tylko czysta kosmetyka naszego chorego systemu podatkowego, bo ona oczywiście jest potrzebna, bo rzeczywiście jest tak, że brak podnoszenia progów sprawia, że osoby, które zarabiają w okolicach przeciętnej pensji, traktowane są podatkowo jako te już bardzo bogate i ich dochody są obciążone wysoką stawką.
Ekonomista przyznaje, że przy trudnej sytuacji budżetowej nawet niewielkie zmniejszenie obciążeń podatkowych zasługuje na uwagę. Nie rozwiązuje jednak podstawowych problemów polskiego systemu.
Jego zdaniem jednym z nich są różnice w opodatkowaniu osób wykonujących podobną pracę, ale rozliczających się w odmienny sposób.
Chodzi między innymi o sytuacje, w których przejście z etatu na samozatrudnienie jest motywowane przede wszystkim korzyściami podatkowymi, a nie rzeczywistą zmianą charakteru pracy.
Ujednolicenie to jest takie słowo klucz, które bym tutaj powiedział, żeby ewentualnie przejście z umowy o pracę na umowę cywilnoprawną albo na umowę taką biznesową, gdzie rozliczamy się fakturą, nie było powodowane tym, że chcemy oszczędzić na podatkach, tylko że zmienia się charakter naszej współpracy.
Profesor postuluje również zmianę sposobu finansowania ochrony zdrowia. Jego zdaniem system powinien być finansowany bezpośrednio z podatków, a nie ze składki zdrowotnej, której wysokość i sposób naliczania zależą od wybranej formy opodatkowania.
Takie rozwiązanie miałoby ograniczyć zachęty do wybierania form rozliczeń wyłącznie po to, by zmniejszyć obciążenia.
To jest drobny krok. Malutki krok w dobrą stronę, który jednak nie rozwiązuje zasadniczych problemów.
Młodzi Polacy nie mają z czego oszczędzać
W rozmowie poruszono również problem oszczędzania i inwestowania przez najmłodszych dorosłych Polaków.
Z przywołanych danych Giełdy Papierów Wartościowych wynika, że młodzi ludzie rzadko decydują się na bardziej ryzykowne formy inwestowania. Jeśli już odkładają pieniądze, najczęściej wybierają rachunki bankowe i lokaty.
Zdaniem prof. Bigi nie musi to wynikać z braku wiedzy finansowej czy niechęci do inwestowania. Podstawową przeszkodą są ograniczone możliwości oszczędzania:
To nie jest tak, że to jest ich wybór, tylko to jest konieczność ekonomiczna. Szczególnie ci młodzi ludzie, którzy chcą się usamodzielnić i potrzebują chociażby mieszkania, no to czy wynajem, czy jeżeli mają zdolność kredytową, kupno mieszkania jest tak obciążające, że ta przestrzeń do oszczędzania jest bardzo niewielka.
Ekonomista zwraca uwagę, że trudno wymagać regularnego inwestowania od osób, którym większość dochodów pochłaniają podstawowe koszty utrzymania.
Nie wystarczy więc przekonywać młodych ludzi do odkładania nawet niewielkich kwot i tłumaczyć korzyści wynikających z procentu składanego.
Oczywiście zawsze można też powtórzyć zaklęcie o tym, że potrzebna jest edukacja ekonomiczna. Potrzebna jest, ale przede wszystkim potrzebne są warunki do tego, żeby w ogóle była przestrzeń do podjęcia tej decyzji.
Dlaczego Polacy wciąż inwestują w „złoty beton”?
Ostatnim wątkiem rozmowy był rynek nieruchomości. Mimo trudności z zakupem pierwszego mieszkania, nieruchomości nadal pozostają atrakcyjną formą lokowania kapitału dla osób dysponujących większymi oszczędnościami.
Polacy coraz śmielej inwestują w hiszpańskie nieruchomości
Prof. Biga wiąże to również z konstrukcją polskiego systemu podatkowego. Zwraca uwagę na stosunkowo niewielkie opodatkowanie przychodów z prywatnego najmu mieszkań.
Wciąż opłaca się inwestować w beton, dlatego że jeżeli ktoś na przykład wynajmuje mieszkanie, to płaci od tego przychodu bardzo niewielki podatek. To jest bezpieczna inwestycja. Trudno się dziwić ludziom, że jeżeli ktoś ma nadwyżki gotówkowe, w ten sposób próbuje iść.
Taki model inwestowania ma jednak również konsekwencje społeczne. Rosnące zainteresowanie zakupem mieszkań w celach inwestycyjnych może pogłębiać problemy z dostępnością lokali dla osób, które chcą kupić własne mieszkanie.
W ten sposób, jak zauważa ekonomista, pozornie odległe kwestie – podatki, oszczędności młodych ludzi i sytuacja na rynku nieruchomości – okazują się ze sobą ściśle powiązane.
Co dalej z portfelami Polaków?
Z rozmowy z prof. Bartłomiejem Bigą wyłania się obraz gospodarki, w której kilka niekorzystnych zjawisk może jednocześnie obciążać domowe budżety.
Wysokie ceny paliw zwiększają koszty działalności przedsiębiorstw. Zbliżająca się zima rodzi obawy o ceny gazu, a słabnąca pozycja negocjacyjna pracowników utrudnia uzyskiwanie podwyżek rekompensujących inflację.
Nie chodzi tylko o to, jak długo żyjemy, ale przede wszystkim jak
Jednocześnie młodzi Polacy mają ograniczone możliwości budowania oszczędności, a system podatkowy – zdaniem eksperta – wymaga znacznie głębszych zmian niż samo przesuwanie progów.
Najważniejsze pytanie dotyczy więc nie tylko tego, ile będziemy zarabiać, ale przede wszystkim tego, ile za zarobione pieniądze będziemy mogli kupić. I właśnie pod tym względem najbliższe miesiące mogą okazać się dla wielu gospodarstw domowych trudne.