40-letni spadochroniarz jako jedyny przeżył katastrofę samolotu pod Topolowem. Leczony jest w tarnowskim szpitalu, a teraz po raz pierwszy opowiedział o tym, co pamięta. 5 lipca niedługo po starcie z lotniska w Rudnikach pod Częstochową samolot z 12 osobami na pokładzie runął na ziemię.
Posłuchaj pana Marka
Pan Marek przyznał, że załoga oraz skoczkowie byli przygotowani do awaryjnego lądowania. "Ludzie byli przygotowani do awaryjnego lądowania. Nie było krzyków. Na kilka sekund przed można się było domyślić, że nie będzie jednak awaryjnego lądowania. Na początku nie było jasne, że coś idzie nie tak. Był inny dźwięk silników, ale nie mogę powiedzieć, czy jeden z silników przestał działać. Nie znam się na tym" - podkreślił pan Marek. Samej katastrofy nie pamięta. Ocknął się już po upadku. Sam zdołał dojść do drzwi samolotu, gdzie pomogli mu mieszkańcy Topolowa. Jak przyznał będzie chciał im osobiście podziękować.
40-letni spadochroniarz z Krakowa przeszedł skomplikowaną operację kręgosłupa w szpitalu w wojewódzkim im. św. Łukasza. Teraz zostanie przeniesiony z oddziału neurochirurgii na rehabilitację. Stawia już pierwsze kroki. Mężczyzna może nawet wrócić do skakania. Lekarze podkreślają jego ogromną determinację w walce o powrót do pełnego zdrowia.
(Bartłomiej Maziarz/TVN24/x-newsko)