Szok! Jeszcze nigdy nie słyszałam takiego Koncertu fortepianowego f-moll Chopina! Było to dziwne doznanie. Zarówno wzruszające, jak i wstrząsające. W tej muzyce czuło się tyle gniewu, złości, toporności, bólu a może nawet i rozpaczy, że słuchając, miałam łzy w oczach. Odmienne tempa, dziwnie stawiane akcenty, szarpane frazy, jakby brakowało oddechu pianiście, jakby biegł przed siebie na oślep. Ale były też „boskie piana” i czarowanie pięknym dźwiękiem. Ivo Pogorelich zaskoczył wszystkich w Filharmonii Krakowskiej, na koncercie który odbył się w piątek, 9 maja. Orkiestrę poprowadził Alexander Humala. I to właśnie orkiestrze i dyrygentowi należą się ogromne brawa, bo dotrzymali kroku soliście, nawet idąc pod prąd.
Ivo Pogorelich zaskoczył już od samego początku. Gdy po przerwie wróciłam na salę koncertową by posłuchać słynnego pianisty, przy fortepianie siedział clochard, w wełnianej czapce na głowie, zakryty maską, otulony w koce, grający coś tam. Publiczność zaskoczona zaczęła podchodzić do estrady i fotografować. Zdjęcia nie zrobiłam, bo czułam, że nie można artysty, traktować – napiszę to delikatnie – jak ciekawostki przyrodniczej. Może ta inscenizacja była marketingiem, ale może nie…
Po chwili clochard zszedł z estrady powolnym krokiem tak, jakby chodzenie sprawiało mu trudność. Pojawił się niebawem w towarzystwie dyrygenta, już bez maski, bez czapki, bez koca, w białej koszuli, ale nie w stylu tej, tak pięknej, którą pamiętamy z Konkursu Chopinowskiego w 1980 roku, gdy został odrzucony przez jurorów, co skończyło się wielkim, międzynarodowym skandalem.
Pianista wszedł na estradę Filharmonii Krakowskiej z nutami pod pachą. Potrzebował nut by zaprezentować koncert, który wykonuje od 45 lat! Kolejne zaskoczenie. Obok usiadła Ewa Jarguz w masce, pianista Filharmonii Krakowskiej, która przewracała artyście nuty. Gdy czekał na pierwsze wejście fortepianu, masował nerwowo ręce, rozgrzewał palce. Orkiestra grała, a on wyginał dłonie, masował nadgarstki.
Koncert podzielił publiczność, mimo że artysta otrzymał wielkie brawa i słuchacze wstali na koniec by długą owacją nagrodzić artystę. Niektórzy byli zachwyceni, inni wręcz zniesmaczeni, bo przecież tak się nie gra Chopina. A mnie było po prostu smutno, bo poczułam, że być może artysta mierzy się z licznymi przeciwnościami: ciała i duszy, że próbuje utrzymać się na powierzchni.
A swoją drogą, co musiało się stać, że ten niezwykle utalentowany i wrażliwy pianista tak desperacko walczy na twardym rynku koncertowym. Wręcz „gryzie” fortepian, bierze Chopina pod włos, z lekkiego koncertu dwudziestoletniego kompozytora, robi utwór ciężki, obarczony doświadczeniem starszego mężczyzny. Czy może na siłę próbuje być inny, by być dostrzeżonym? A może tak właśnie czuje Chopina przefiltrowanego przez siebie, bez swoje marzenia, porażki, kłopoty? Przecież nikt z nas nie wie, jak wielki to wysiłek stawać co parę dni przed publicznością, zawsze w formie, zawsze z uśmiechem i tak przez pół wieku. Jak to jest, gdy trzeba udowadniać, że się nadal umie grać, bo co chwilę pojawiają się nowe gwiazdy fortepianu.
Prawda: tak nie gra się Chopina. Dziś Ivo Pogorelich nie zakwalifikował by się do Konkursu Chopinowskiego. Ale trudno artyście odmawiać prawa do interpretacji! Nawet jeśli ona nie jest taka jak oczekujemy i nie taka jak panujący kanon wykonawczy. Cel został przecież osiągnięty: koncert ten wyzwolił we mnie wiele emocji i na zawsze pozostanie w pamięci. Poruszył i wzruszył. A przecież o to chodzi w muzyce.
Ps. W pierwszej części tego koncertu odbyło się prawykonanie „Glorii” Joanny Wnuk-Nzarowej, utworu zamówionego przez Filharmonię Krakowską z okazji osiemdziesięciolecia tej instytucji. Prezentację dopełnił utwór Krystyny Moszumańskiej-Nazar „Exodus”. Więcej na temat „Glorii” niebawem w podcaście na stronie Radia Kraków, który będzie zapisem z rozmowy z kompozytorką Joanną Wnuk-Nazarową i z Danielem Cichym dyrektorem PWM, wydawcą utworu.