Najnowszy film twórcy „Requiem dla snu” (2000) można uznać za najgorętszą premierę tego piątku. Ciągnie się jednak za nim czarny marketing, gdyż „Mother!”, czyli „Matka!” nie spodobała się publiczności podczas pierwszego na świecie pokazu na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Wenecji. Dzieło Aronofsky'ego zostało wygwizdane, wybuczane i wyśmiane. I nie pomogła mu nawet doborowa – i co ważne trafiona – obsada: Jennifer Lawrence, Javier Bardem, Ed Harris i Michelle Pfeiffer. Reżyser nie wyglądał jednak na zawiedzionego. Na spotkaniu z dziennikarzami ze spokojem powiedział, że jego film nie musi podobać się wszystkim: „To wybuchowy koktajl, a doświadczenie jego odbioru przypomina przejażdżkę szybką kolejką w wesołym miasteczku. Zawrót głowy gwarantowany”.
Rzeczywiście, seansu „Mother!” nie sposób porównać z żadnym z filmów, który wszedł do kina w 2017 roku. Aronofsky po mistrzowsku wykorzystuje warsztat reżysera, swobodnie poruszając się na polach różnych gatunków: horroru, dreszczowca i melodramatu. Jego „Mother!” przywodzi na myśl „Dziecko Rosemary” i „Wstręt” Romana Polańskiego oraz odsyła do surrealistycznego kina Luisa Bunuela doprawionego szarlatanerią spod znaku Larsa von Triera.
Świeżo poślubiona para głównych bohaterów (bezimienni Lawrence i Bardem) wprowadzają się do rodzinnego domu mężczyzny. On jest pisarzem pracującym nad nową książką. Ona – zakochaną w nim towarzyszką życia zapewniającą mu spokój i komfort pracy, angażującą się w remont posiadłości. Oboje wyglądają jak z obrazka: piękni, młodzi, z nadzieją patrzący w przyszłość. Do szczęścia brakuje im tylko dziecka. Kiedy i ono jest w drodze, próg ich domu przekraczają nieznajomi przybysze i świat bohaterów staje na głowie. Uporządkowane dotąd życie zaczyna się rozpadać się w zastraszającym tempie.
„Mother!” tylko z pozoru przypomina kameralny dramat rozgrywający się w jednej przestrzeni, opowiadający o problemach małżeńskiej pary rozbitej między pragnieniem spełniania się w konwencjonalnej roli małżonków i rodziców, a realizacją najgłębszych aspiracji. To co niewypowiedziane między nimi w końcu jednak wybucha, a dzieło Aronofsky'ego zamienia się wtedy w uniwersalną przypowieść o historii ludzkości. Nie bez przyczyny przecież pierwotny tytuł filmu – „Dzień szósty” – nawiązywał do biblijnego stworzenia człowieka. Reżyser próbuje zwizualizować konsekwencje boskiej decyzji, dając upust swej nieskrępowanej wyobraźni. Im bliżej finału jego wizja przybiera coraz bardziej monstrualny rozmiar wprawiając w widzów w konsternację. Śmiać się, płakać czy bać? „Mother!” nie przynosi jednoznacznej odpowiedzi.
Urszula Wolak