Intrygującą podróż tajnymi szlakami przestępczości zorganizowanej, mechanizmy działania mafii, złożone konflikty i powiązania ze światem polityki – prawdziwie męska rzecz, czyli do kin wszedł właśnie długo oczekiwany film Martina Scorsese zatytułowany „Irlandczyk”. To historia oparta na faktach, odwołująca się do jednej z największych nierozwiązanych zagadek w historii USA, jaką było zniknięcie owianego legendą przewodniczącego związków zawodowych Jimmy'ego Hoffy. Świat przedstawiony w powojennej Ameryce oglądamy z perspektywy Franka Sheerana — weterana II wojny światowej, kanciarza i zabójcy na zlecenie, który miał na swoim koncie nie tylko świetlaną przeszłość, ale też współpracował z najsłynniejszymi kryminalistami stulecia. W rolach głównych: Roberta De Niro, Ala Pacino i Joe Pesci.
Film trwa bez mała trzy i pół godziny, ale to czas – gwarantuję – dobrze zainwestowany w siedzenie w kinowym fotelu przed wielkim ekranem. Mocną stroną opowieści Scorsese jest bowiem nie tylko efektowna, epicko prowadzona narracja, ale także momenty, w których reżyser odsłania kameralne wątki „Irlandczyka” skupiając się na takich tematach jak utrata pamięci przez bohatera, przemijanie, przyjaźń, lojalność czy konfrontacji wyobrażeń z rzeczywistością.
Znawcy i miłośnicy kina Scorsese bez trudu zauważą, że w „Irlandczyku” reżyser przedstawia świat, o którym już nieraz opowiadał w swoich filmach - kreował go i bardzo dobrze poznał. Dziś jednak patrzy na niego z innej, bardziej intymnej perspektywy. Jako twórca odsłania dość nieznane oblicze. Dowodzi tego nie tylko rozbudowany świat wewnętrznych przeżyć głównego bohatera w „Irlandczyku”, ale także sposób portretowania jego relacji z córką.
Urszula Wolak