To nie był zły festiwal, bo nie mógł. Bo klasa zaproszonych wykonawców była na tyle wysoka, że wpadek po prostu być nie mogło. Jedyne co mogło nieco przeszkadzać stałym bywalcom festiwalu Misteria Paschalia, to pewna jego przewidywalność. Ale tę cechę równie dobrze można potraktować jako zaletę.
Posłuchaj Roberta Piaskowskiego z Krakowsiego Biura Festiwalowego
W czasie festiwalu Misteria Paschalia dostaliśmy dokładnie to, czego się spodziewaliśmy i czego oczekiwaliśmy: siedem koncertów z piękną muzyką we wspaniałym wykonaniu. Siedem wspaniałych wieczorów, które w pełni nasyciły melomanów. Pytanie tylko czy jeśli idziemy do restauracji, to oczekujemy dania, którego smak znamy doskonale, czy może raczej wolimy, żeby szef kuchni zaskoczył nas czymś nowym? Jednoznacznej odpowiedzi nie ma. Dla jednych kolejne występy Biondiego i Savalla były wspaniałą powtórką z rozrywki, inni być może woleliby poznać nowe smaki. Na szczęście i tych w tym roku nie zabrakło.
Cieszy natomiast pozycja i renoma, jaką wypracował sobie ten festiwal. Misteria Paschalia stała się marką rozpoznawaną na całym świecie, co powtarzali wielokrotnie muzycy biorący w nim udział. Dzięki temu organizatorzy mogą pozwolić sobie na luksus przebierania w licznych ofertach najlepszych zespołów i wykonawców muzyki dawnej na świecie. Grać na Misteriach Paschaliach to zaszczyt i „Must Be” każdego, kto liczy się w tej branży.
Skoro więc słabych występów nie było (i najprawdopodobniej nie będzie w przyszłości: jak powtarzał dyrektor artystyczny festiwalu Filip Berkowicz: 1,7 mln złotych dotacji zapewni swobodne funkcjonowanie festiwalu na najbliższe lata), wskazanie najlepszego występu zależy od indywidualnego gustu. Jak dla mnie numerem jeden była Pochwała głupoty Jordi Savalla - z racji miejsca, kościół św. Katarzyny zamiast filharmonii, maestrii muzycznej wykonawców oraz intelektualnego przesłania tekstów Erazma z Rotterdamu, zaskakująco współczesnych i aktualnych, choć napisanych w XV wieku.
Jedyne, do czego mógłbym się przyczepić, to miejsce większości koncertów, czyli Filharmonia Krakowska. Miejsce szlachetne, ze wspaniałą tradycją i bardzo gościnne, ale mające swoje ograniczenia z symbolicznym już odgłosem przejeżdżających tramwajów, które słychać, gdy ktoś siedzi przy lewej ścianie. I dlatego nie mogę się doczekać przyszłorocznej edycji festiwalu – gdy do dyspozycji będzie centrum muzyczno-konferencyjne przy rondzie Grunwaldzkim. No i może uda się jeszcze którąś świątynię uprosić, by w czasie Wielkiego Tygodnia użyczyła swego wnętrza... Ale to już nie od organizatorów zależy.
Wojciech Musiał