Program SAFE może przynieść Polsce nawet 200 mld zł na modernizację armii. Czy to finansowa szansa dzięki tańszemu unijnemu kapitałowi, czy wieloletnie ryzyko związane z długiem w euro? Dr Jakub Janus wyjaśnia, jakie mogą być realne koszty, ile pieniędzy zostanie w kraju i czy 80 proc. udziału polskich firm jest w ogóle możliwe.
Dlaczego warto posłuchać tej rozmowy?
-
Program SAFE – na czym dokładnie polega i jakie daje możliwości finansowania modernizacji armii.
-
Pożyczka w euro – realne koszty, oprocentowanie i 45-letni horyzont spłaty.
-
200 mld zł na obronność – ile pieniędzy zostanie w polskiej gospodarce.
-
Efekt mnożnikowy w sektorze zbrojeniowym – czy każda złotówka wygeneruje dodatkowy wzrost PKB.
Posłuchaj całej rozmowy
Jak ekonomista patrzy na burzę wokół pożyczki w ramach programu SAFE?
Przede wszystkim spokojnie. Trzeba zważyć argumenty militarne, które są kluczowe, ale nie zawsze poddają się prostemu rachunkowi ekonomicznemu, z twardymi danymi finansowymi. W sytuacji, gdy i tak zwiększamy wydatki na zbrojenia, modernizujemy i rozbudowujemy armię, SAFE wydaje się instrumentem korzystnym i wartym rozważenia. Z prostego powodu: gdybyśmy samodzielnie zaciągali dług na rozwój sektora militarnego, byłby on droższy niż finansowanie oferowane za pośrednictwem Unii Europejskiej.
Chodzi o oprocentowanie? Jest jednak 45-letni horyzont spłaty, a dług jest w euro. Dochodzi ryzyko kursowe.
Tak, ryzyko kursowe istnieje. Nie obawiałbym się go jednak nadmiernie. Kurs euro wobec złotego w ostatnich latach był względnie stabilny. Oczywiście nie da się wykluczyć kryzysu i silnej deprecjacji złotego - wtedy realny koszt spłaty wzrósłby znacząco. Jednak długi horyzont spłaty działa tu na naszą korzyść. To ryzyko można zarządzać, stosując instrumenty zabezpieczające, jak choćby opcje walutowe. Mamy też 10-letnią karencję w spłacie kapitału, co daje czas na odpowiednie przygotowanie strategii zabezpieczeń.
Pojawia się pomysł komitetu monitorującego wydatkowanie środków.
To rozsądne rozwiązanie. SAFE wymaga planów, zabezpieczenia interesów krajowych, ustalenia kamieni milowych i okresowych audytów. Monitoring ogranicza ryzyko marnotrawstwa i zwiększa zaufanie społeczne oraz rynkowe. Może też osłabić polityczne zarzuty o nadmierne uzależnienie od decyzji unijnych.
Cztery lata wojny. Czy Polska jest gotowa na najgorsze?
Program to nawet 200 miliardów złotych. Jaki efekt może przynieść takie zasilenie sektora obronnego? Jaki będzie mnożnik?
Ekonomiści od lat próbują to precyzyjnie oszacować i wyniki są zróżnicowane. Kluczowe jest to, jaka część wydatków zostaje w kraju. Im większy udział krajowych komponentów, tym wyższy efekt mnożnikowy - czyli sytuacja, w której każda złotówka generuje więcej niż złotówkę wzrostu dochodu. Działa to przez sieć powiązań: podwykonawców, zatrudnienie, usługi.
W wariancie optymistycznym mnożnik mógłby wynosić 1,2 czy 1,5. Średnie z ostatnich badań wskazują jednak raczej na poziom około 0,8. To oznacza, że około 80 proc. wydatków pozostałoby w polskiej gospodarce. Reszta odpłynie - bo jesteśmy gospodarką otwartą, korzystamy z zagranicznych poddostawców, a część zamówień i tak będzie realizowana poza krajem.
Część pieniędzy wypłynie też dlatego, że nie produkujemy wszystkich komponentów, a mamy ograniczone moce i braki kadrowe.
Dokładnie. Dodatkowo obowiązują zasady wspólnego rynku. Nie możemy w prosty sposób wykluczyć firm z innych państw UE z przetargów. A część zakupów będzie realizowana poza Unią - choćby w Korei Południowej, która stała się ważnym dostawcą uzbrojenia.
Czy program może wzmocnić lokalne gospodarki? Wymienia się m.in. Zakłady Mechaniczne w Tarnowie czy firmę z Wadowic.
Tak, to możliwe. Zakłady Mechaniczne Tarnów już dziś korzystają z impulsu inwestycyjnego z krajowych programów MON. Jeśli nałożą się na to środki europejskie, efekt może być silniejszy - pod warunkiem dobrej koordynacji. Jeżeli większa część produkcji - np. drony czy systemy antydronowe - będzie realizowana w Polsce, lokalne firmy mogą zostać włączone w rozwijający się łańcuch produkcji obronnej.
Czy SAFE można porównać do KPO?
W pewnym sensie tak. W obu przypadkach Unia Europejska centralizuje pozyskiwanie środków poprzez emisję obligacji, korzystając ze swojej wiarygodności, by uzyskać niższy koszt kapitału. Różnica jest zasadnicza: KPO to w części granty, w części pożyczki i ma charakter prorozwojowy. SAFE to wyłącznie pożyczka, którą trzeba w całości spłacić, i jest ona ściśle nakierowana na cele obronne.
Premier mówił o 80-procentowym udziale polskich firm. Czy to realne w świetle prawa unijnego?
Co do zasady nie można dyskryminować podmiotów z innych krajów UE w przetargach publicznych. Sektor obronny jest jednak szczególny i dopuszcza pewne wyłączenia. Jeśli na poziomie unijnym zostanie wypracowany konsensus, 80-procentowy udział polskich firm wydaje się osiągalny.
A szerzej - jak realizować local content w zamówieniach publicznych, nie łamiąc prawa UE?
W sektorach strategicznych można uwzględniać czynniki wykraczające poza czysty rachunek ekonomiczny. W przypadku SAFE ścierają się dwa poziomy: krajowy i unijny. Z jednej strony chodzi o to, by jak najwięcej środków zostało w Polsce. Z drugiej - obowiązuje wymóg europejski: według obecnych założeń co najmniej 65 proc. zakupów powinno być realizowanych w UE. Kluczowe będzie więc takie ułożenie zasad, by środki wzmacniały przemysł w Unii, a nie zasilały producentów z państw trzecich.
Gościem Radia Kraków był dr Jakub Janus z Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie.