Wtorek, 27 paź 11 °C Jakość powietrza: Umiarkowana Na antenie
Menu dostępności (CTRL+U)
Zmień kontrast
Podświetl linki
Zatrzymaj animacje
Powiększ tekst
Szerokość tekstu
Wysokość linii
Resetuj ustawienia

Polacy „wysuszają” słowackie stacje? Ekspert: to nie ma sensu

Ograniczenia tankowania i nowe przepisy na Słowacji. W tle narracja o „obcych”. Prof. Sławomir Śmiech, prorektor ds. nauki Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie wyjaśnia w Radiu Kraków, co naprawdę stoi za tymi decyzjami.

Polacy „wysuszają” słowackie stacje? Ekspert: to nie ma sensu
Fot. ilustracyjne/Pexels

Posłuchaj całej rozmowy

Czy rzeczywiście jest tak, że „wysuszyliśmy” słowackie stacje z oleju napędowego, który był tam tańszy? Czy raczej premier Fico mówi do swojego elektoratu i wskazuje wroga - Polaka tankującego przy granicy?

Wojna na Bliskim Wschodzie a ceny żywności i paliw. Co czeka polskie rolnictwo?

Jacek Bańka

Zdecydowanie skłaniam się ku tej drugiej opcji. Nie ma realnej możliwości, żebyśmy „wysuszyli” słowackie stacje z diesla. Tym bardziej że ekonomicznie to się po prostu nie opłaca - trudno uzasadnić wyjazd za granicę dla oszczędności rzędu kilkunastu czy kilkudziesięciu groszy na litrze.

Poza tym skala tego zjawiska to raczej margines - promile albo pojedyncze procenty?

Nie mam dokładnych danych, ale zdecydowanie można to traktować jako ciekawostkę. Przypomnijmy sobie sytuację z 2022 roku, gdy paliwo było drogie - wtedy to kierowcy z Niemiec przyjeżdżali tankować do Polski. Takie zjawiska się zdarzają, ale mają charakter incydentalny. Trudno sobie wyobrazić, by mogły zakłócić podaż diesla w skali kraju.


Tymczasem rząd słowacki wprowadza ograniczenia. Tankowanie tylko do pełna i maksymalnie jeden 10-litrowy kanister. Dla aut na zagranicznych tablicach ceny mają być wyliczane według średnich z Austrii, Czech i Polski. Problem w tym, że nie bardzo wiadomo, jak to egzekwować - zwłaszcza na stacjach samoobsługowych. Czy to nie jest dyskryminacja i czy w ogóle jest zgodne z prawem unijnym?

Na pewno rodzi to poważne wątpliwości. Ale niestety coraz częściej obserwujemy naruszanie pewnych zasad ładu międzynarodowego. Tego typu działania mogą być elementem komunikacji politycznej - rząd pokazuje wyborcom, że troszczy się o ich dobrostan i ewentualne braki paliwa może przypisać „obcym”, w tym przypadku Polakom.


Sytuacja na Słowacji jest też szczególna ze względu na problemy z dostawami ropy rurociągiem „Przyjaźń”. Fico obwinia Ukrainę, Zełenski wskazuje na Rosję. Czy mamy tu do czynienia z zarządzaniem kryzysem pod kątem politycznym?

Niewątpliwie tak. Kraje silnie uzależnione od rosyjskich dostaw na tym konflikcie tracą, bo zostały one ograniczone. To uderza w ich interesy gospodarcze.
Rządy - szczególnie takie jak na Słowacji - muszą zadbać o wrażliwy elektorat, więc tworzą narrację, która tłumaczy ewentualne podwyżki cen paliw. To jest klasyczny mechanizm polityczny.


Jesteśmy w Unii Europejskiej, handel przygraniczny funkcjonuje. Słowacy przyjeżdżają do Polski na zakupy, my nie mówimy, że „ogołacają” nasze sklepy. Czy takie zjawiska są naturalne?

Zdecydowanie tak. I co ważne - są korzystne dla sprzedawców. Większy ruch oznacza większe obroty i zyski.
Obecna sytuacja jest wyjątkowa, bo mamy konflikt zbrojny i rosnące ceny paliw. To uderza w wyborców, więc rząd szuka narracji, która to uzasadni.
Z obiektywnego punktu widzenia teza o „wysuszaniu stacji” jest po prostu fałszywa. Ale politycy nie są rozliczani z pełnej szczerości, tylko ze skuteczności w budowaniu poparcia.

Na Słowacji pojawił się też efekt, który łatwo było przewidzieć - ograniczenia wywołały panikę i lokalne braki paliwa.

Dokładnie tak. Mamy podobne doświadczenia z innymi towarami. Jeśli ludzie zaczynają kupować na zapas, bardzo szybko dochodzi do chwilowych niedoborów. Panika sama w sobie potrafi stworzyć problem, którego wcześniej nie było.

Jaki wpływ może mieć ta sytuacja na polską gospodarkę?

Trudno to jednoznacznie przewidzieć. Wszystko zależy od długości i przebiegu konfliktu.
Na dziś mamy zabezpieczone dostawy ropy i gazu, magazyny są w dobrym stanie, więc bezpośrednie zagrożenie jest ograniczone.
Natomiast jeśli wojna się przedłuży i zniszczona zostanie infrastruktura energetyczna, odbudowa potrwa długo. To oznaczałoby utrzymanie wysokich cen surowców, a w konsekwencji wyższą inflację i negatywny wpływ na gospodarkę - nie tylko w Polsce, ale globalnie.


Gościem Radia Kraków był prof. Sławomir Śmiech, prorektor ds. nauki Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie.

Komentarze

Najpopularniejsze

  • Tatry Zachodnie: polski turysta ranny podczas ucieczki przed niedźwiedzicą

    Radio Kraków

  • Śmiertelny wypadek w Januszowicach. Nie żyje 33-letni kierowca

    Jan Pająk

  • Tragiczne odkrycie w lesie pod Tarnowem. Biegacz znalazł ciało 37-latka

    Agnieszka Wrońska-Bęben

  • Z Żabna do Krakowa w godzinę? Samorządowcy zdradzają plany dla „Szczucinki"

    Agnieszka Wrońska-Bęben

  • Sześć departamentów do likwidacji. Łukasz Gibała podpisał zarządzenie

    Radio Kraków

  • Wichury nad Polską, alerty także w Małopolsce. W Tatrach możliwe zamiecie

    Radio Kraków

Najnowsze

  • Hanna Bieluszko wraca na scenę mimo choroby. "Nie czuję się spełniona. Mam kilka marzeń"

  • Urząd czekał na konserwatora, konserwator na urząd. Remont Placu Drzewnego w Tarnowie w końcu się rozpocznie?

  • Zaduszki Organowe 2026. Muzyczny maraton w krakowskich świątyniach

  • Mieszkańcy chcą tego wjazdu, drogowcy go zamknęli. Ktoś wyłamał bariery

  • Nocne utrudnienia na obwodnicy Brzeska. Kierowcy jadący w stronę Krakowa pojadą objazdem

  • Samochód dachował i leżał w polu. Pijanego kierowcę odnalazł policyjny pies