Reportaż Marii Wiernikowskiej z Królewca (autorka używa rosyjskiej nazwy Kaliningrad), opublikowany w Kanale Zero, wzbudził silne emocje i podzielił opinię publiczną. Krytycy mówią o braku rzetelności i powielaniu rosyjskiej propagandy, obrońcy – o świadomych odbiorcach i oczywistym kontekście. O granicach dziennikarstwa, mechanizmach mediów społecznościowych i skutkach takich publikacji rozmawiamy z dr Agnieszką Całek, medioznawczynią z Uniwersytetu Jagiellońskiego.
Posłuchaj rozmowy
Po co powstał ten materiał?
Doświadczona reporterka Maria Wiernikowska pojechała do Kaliningradu i nagrała materiał, który wywołał duże emocje w Polsce i w Rosji. Krytycy zarzucają jej brak reakcji na wypowiedzi będące kalką rosyjskiej propagandy. Po co robić taki materiał? Czy on ma jakiś cel społeczny?
Pytanie brzmi, czy pani Wiernikowska występuje tu w roli dziennikarki. Ona sama mówi, że wjechała do Kaliningradu nie na wizie dziennikarskiej, tylko jako vlogerka. Gdyby taki materiał zrobił vloger w czasach pokoju, pewnie nikt nie miałby pretensji. Problem pojawia się wtedy, gdy robi to znana dziennikarka, a materiał trafia do medium, które realnie konkuruje z mediami profesjonalnymi.
Czyli kluczowe jest to, czego jako odbiorcy możemy oczekiwać od takiego reportażu?
Od reportażu nie oczekujemy obiektywizmu, ale rzetelności. I tego w tym materiale zdecydowanie zabrakło. To jest ciepły obrazek z Kaliningradu, bez weryfikowania wypowiedzi bohaterów i bez szerszego kontekstu. Empatia wobec rozmówców jest ważna, ale nie może zastępować krytycznego spojrzenia.
Czy kontekst naprawdę jest oczywisty?
Obrońcy Kanału Zero mówią, że widzowie wiedzą, iż w Rosji nie wolno krytykować władzy ani wojny. Ich zdaniem ten kontekst jest oczywisty i nie trzeba go dopowiadać.
Absolutnie się z tym nie zgadzam. Kontekst jest bardzo potrzebny. To nie jest materiał zniuansowany. Trzeba go oglądać bardzo uważnie, żeby dostrzec jakiekolwiek krytyczne elementy. A kto dziś ogląda materiały w mediach społecznościowych w taki sposób – analitycznie, z pełnym skupieniem, czytając napisy i wychwytując niedopowiedzenia?
Agregaty z Polski na ukraińskim OLX? To nie skandal, tylko manipulacja
Rosyjska propaganda dopuszcza określenia typu „jest trudno” czy „to nielekkie czasy” i właśnie takich sformułowań używają rozmówcy reportażu. Ten materiał trafia potem do polskich mediów i dzieli opinię publiczną.
I to jest dokładnie efekt, na którym Rosji zależy – polaryzacja. Wypuszczenie takiego materiału sprawia, że spory i konflikty rozkręcają się same. Można powiedzieć, że ruskich trolli potrzeba wtedy mniej, bo praca wykonuje się na polskim rynku sama.
Pojawiają się też zarzuty o prorosyjskie sympatie czy powiązania Kanału Zero. Jak pani na to patrzy?
Nie mówiłabym wprost o powiązaniach, raczej o wykorzystywaniu dostępnych zasobów. Kanał Zero zaprasza osoby znane z prorosyjskich wypowiedzi, daje im zasięgi i przestrzeń. To się opłaca, bo wywołuje burze w internecie, komentarze, kolejne odsłony.
Model biznesowy zamiast misji
Czyli kluczowe są mechanizmy finansowe?
Tak. To jest przede wszystkim model biznesowy. Im większa awantura, tym więcej wejść, a im więcej wejść, tym większe zyski z reklam. Nie liczy się liczba „łapek w górę” czy „w dół”, tylko to, ile osób zobaczyło materiał i reklamy, które są w nim wyświetlane.
Jak powinna wyglądać reakcja mediów głównego nurtu na takie publikacje?
Przede wszystkim trzeba tłumaczyć, po co takie materiały powstają i jakie mechanizmy za nimi stoją. Warto też przypominać, że każde wejście w taki film zwiększa jego widzialność, bo algorytmy mediów społecznościowych dokładnie tak działają.
Wojna z Rosją? Zamiast czołgów - narracje, zamiast frontu - media społecznościowe
Czyli rekomendacja dla odbiorców?
Duża ostrożność. Materiały, które stają się viralami, bardzo rzadko są rzetelne. Jeśli ktoś je ogląda – powinien weryfikować. A jeśli nie musi – warto się zastanowić, czy nie dokłada kolejnej cegiełki do spirali zasięgów.
POSŁUCHAJ CAŁEJ ROZMOWY