Joseph Kosisnki, który przed kilku laty przy pomocy filmu „Top Gun: Maverick” wsadził nas w kabiny amerykańskich myśliwców, tym razem zszedł na ziemię i robił to samo z samochodami. To samo, to znaczy: szybko, ostro i immersyjnie. Jesteśmy w bolidzie, bolid pędzi, opony się topią a igrzyska trwają. Igrzyska wyścigowe. „F1” to bowiem nie tylko tytuł, to marka, machina produkcyjna, która w dużej mierze powołała do życia ten film. Ekipa filmowa dopuszczona została do miejsc niedostępnych nawet dla najzagorzalszych fanów wyścigów. Historia natomiast jest prosta: dawny mistrz, od dawna na emeryturze, zostaje ściągnięty przez kumpla, żeby ratować honor jednego z zespołów F1. Gwiazdą zespołu jest młody rajdowiec, który starego ma gdzieś. Iskrzy, wzajemna niechęć eksploduje, przełom… a jaki jest koniec wszyscy możemy sobie wyobrazić. Idąc do kina otrzymamy zatem od „F1” przewidywalny scenariusz, gwiazdorską obsadę (Brad Pitt, Kerry Condon, Tobias Menzies) i wystrzałowe efekty specjalne. Czy warto zatem do kina iść? Zastanawiają się nad tym w najnowszym wydaniu Magazynu Filmowego Tadeusz Marek i Patrycja Włodek.