Sporo już odkryto, ale prace archeologiczne w Muszynie będą kontynuowane. Te prowadzone na muszyńskim rynku potrwają jeszcze do końca października. Wykopaliska mają dać odpowiedź na pytanie jak Muszyna dawniej funkcjonowała i jaka była jej rola na pograniczu polsko - słowackim. Na tym nie koniec. Archeolodzy zajmą się także ruinami zamku.
Posłuchaj Jana Golby, burmistrza Muszyny
- Próbujemy odkopać legendarną studnię, gdzie pojawia się również tajne przejście, które podobno prowadzi aż do piwnic w rynku. Na podstawie znajdowanych przedmiotów chcemy odtwarzać rzeczywistą historię - wyjaśnia w rozmowie z Radiem Kraków Jan Golba burmistrz uzdrowiska.
Do tej pory na rynku w Muszynie znaleziono już sporo przedmiotów: monety, ceramiczne naczynia czy kafle piecowe. Odkryto też fragmenty murów i piwnice, w których kiedyś najprawdopodobniej składowano wino - informuje Milena Staniewska z zespołu archeologów pracujących w Muszynie. "Z reliktów murowanych można obserwować też fundamenty ostatniego ratusza, który funkcjonował w rynku" - mówi archeolog.
O tym czy piwnice zostaną zrekonstruowane, władze uzdrowiska zdecydują po zakończeniu prac archeologów, którzy przystępują teraz do najbardziej interesującej części wykopalisk, czyli do odkrycia wejść do piwnic. Pracujący w Muszynie specjaliści będą chcieli także potwierdzić przypuszczenie, że odkrywane podziemia są znacznie starsze niż piwnice ratusza, które powstały nad nimi. "Chcemy odkryć te najstarsze zabudowania. Staramy się korzystać z jak najnowszych technologii: dronów, wykrywaczy metali. Tych zabytków jest całkiem sporo" - mówi archeolog Bartosz Kasprowicz
Władze Muszyny chcą by piwnice i to, co zostało odkryte podczas prac archeologicznych stało się kolejną atrakcją turystyczną uzdrowiska. Są plany, by w piwnicach powstała izba pamięci i izba rycerska. Pokazana zostanie też część lochu, który dawniej pełnił funkcję więzienia. W podziemiach ma znaleźć się też miejsce na kawiarnię. Jeżeli wszystko pójdzie zgodnie z planem, to nowa atrakcja Muszyny będzie gotowa za dwa lub trzy lata.
(Marta Jodłowska/ew)