– Zrobiłem coś, co chciałbym, żeby dla mnie zrobiono, gdybym to ja leżał na tej ulicy – mówi prof. Michał Pędziwiatr, chirurg, który wraz z dr. Mateuszem Wierdakiem ratował rannych po strzelaninie w Krakowie. Lekarze jako pierwsi udzielali pomocy poszkodowanym, próbując zatamować krwawienia bez specjalistycznego sprzętu. Zdaniem profesora działania dr. Wierdaka uratowały życie policjantowi, który obezwładnił napastnika.
Posłuchaj
Panie profesorze, co panem kierowało, kiedy zdecydował się pan ruszyć na pomoc rannym, mimo świadomości, że sytuacja jest niebezpieczna?
Prof. Michał Pędziwiatr: Zrobiłem coś, co chciałbym, żeby dla mnie zrobiono, gdybym to ja leżał na tej ulicy.
„Uciskał krwawiącą ranę gołymi rękami”. Lekarze opowiadają, jak ratowali policjanta w Krakowie
Jak przebiegała akcja ratunkowa?
Z mojego punktu widzenia akcja nie była szczególnie chaotyczna. Chciałbym zdementować pojawiające się opowieści, że panował ogromny chaos, brakowało zasobów i policjantów. Nic z tych rzeczy.
Policjanci zabezpieczyli teren, a my, korzystając z bardzo prostych narzędzi i opatrunków, próbowaliśmy zatamować krwawienia.
I początkowo bez odpowiedniego zabezpieczenia?
Prof. Michał Pędziwiatr: Tak, przynajmniej na początku. Staraliśmy się zatamować krwawienie, ponieważ w takich warunkach, bez leków i specjalistycznego sprzętu, to właściwie jedyna rzecz, którą można było zrobić.
Czy ratownicy medyczni byli już wtedy na miejscu?
Nie, ratowników medycznych jeszcze nie było. Przyjechali dopiero po kilkunastu minutach.
Czyli to panowie jako pierwsi udzielali pomocy?
Tak. Byliśmy pierwsi i przez dłuższy czas jedyni, oczywiście przy wsparciu policjantów. Część z nich miała przeszkolenie i doświadczenie ratownicze.
Nie było natomiast zespołów ratownictwa medycznego z karetkami. Przypuszczam, że były zaangażowane w działania na Rynku Głównym, gdzie również było wielu poszkodowanych.
Jak rozległego leczenia wymagali ranni po udzieleniu przez panów pierwszej pomocy?
Ma pani na myśli leczenie szpitalne?
Tak.
Z tego, co wiem, choć nie mam pełnych informacji, zakres leczenia był różny. Natomiast wszyscy ci pacjenci znajdowali się w stanie zagrożenia życia.
Dla mnie zagrożenie życia oznacza sytuację, w której bez podjęcia odpowiedniego leczenia pacjent umrze.
Czy mieli liczne rany postrzałowe?
Tak, ale nie potrafię powiedzieć dokładnie, ile. Sama liczba ran nie jest najważniejsza. Jedna rana może być śmiertelna, a można też odnieść kilka ran postrzałowych i przeżyć.
Gdyby nie było panów na miejscu, poszkodowani prawdopodobnie by nie przeżyli.
Gdyby nie było Mateusza Wierdaka, policjant, który obezwładnił napastnika i uratował innych ludzi, prawdopodobnie by nie przeżył.
A gdyby nie było mnie, być może znalazłby się ktoś inny.
Pan profesor jest bardzo skromny. Co dokładnie zrobił doktor Wierdak?
To lekarz, który dzięki swojemu zaangażowaniu, poświęceniu i pracy własnych rąk próbował zatamować, a przynajmniej ograniczyć masywne krwawienie u rannego policjanta.
I dzięki zastosowaniu ucisku udało się ograniczyć krwotok?
Tak, udało się przynajmniej częściowo zahamować krwawienie. Na tyle skutecznie, że pacjent zdążył dotrzeć do szpitala, gdzie przejęli go specjaliści i świetnie sobie poradzili.
Co pan czuł, kiedy ratował pan życie tym ludziom?
Że nie mogłem sobie wybrać lepszego zawodu.