Krakowscy ekolodzy alarmują, że urokliwy i chroniony użytek ekologiczny Dolina Prądnika jest niszczony przez ciężki sprzęt. W dolinie trwają prace przeciwpowodziowe i umacnianie brzegów Prądnika. Podczas interwencji policji pracujący nie okazali żadnych dokumentów zezwalających na taki zakres prac, jednak ich nie przerwano.
Posłuchaj materiału Grzegorza Bernasika
Przyrodnicy rozmawiali dziś z inwestorami, i według ornitologa Jacka Tyblewskiego, prace odbywają się w dużym pośpiechu:
"To nasza perełka przyrodnicza. A inwestorzy wchodzą tu z ciężkim sprzętem. Ponad 20 stuletnich drzew zostało wyciętych albo powalonych koparkami".
Przedstawiciele Regionalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska, Anna Surma i Antoni Łach tłumaczyli, że prace prowadzone są w ramach zabezpieczeń przeciwpowodziowych oraz że protestują ci, którym rzeka nigdy nie zagrażała.
"Ci mieszkańcy, którzy protestują, mieszkają daleko stąd. A po powodzi odbieram telefony zrozpaczonych ludzi, którym woda zniszczyła mienie" - mówi Anna Łach.
Ekolodzy twierdzą, że RDOŚ wydał decyzję o rozpoczęciu prac i w niej nakazał uzgodnić wszystko z Radą Miasta Krakowa, jednak owego uzgodnienia nikt im nie pokazał.
Jakub Jastrzębski z ruchu Inicjatywa IV Dzielnicy był przerażony: "Zgroza. To jedno z najpiękniejszych miejsc w okolicy. Wygląda to tak, jakby tu Armia Czerwona przejechała". A pracownicy Związku Wędkarskiego dodają, że nie zostali poinformowani o żadnych pracach. "Jesteśmy użytkownikami tej rzeki. Zarybiamy rzekę, która jest górska. A teraz trwa okres tarłowy pstrąga i takie pracy w tym miejscu nie są wskazane".
Podczas interwencji policji, pracujący nie okazali żadnych dokumentów zezwalających na taki zakres prac. Prac jednak nie przerwano.
(Grzegorz Bernasik/ew)