Wtorek, 27 paź 1 °C Jakość powietrza: Dobra Na antenie
Menu dostępności (CTRL+U)
Zmień kontrast
Podświetl linki
Zatrzymaj animacje
Powiększ tekst
Szerokość tekstu
Wysokość linii
Resetuj ustawienia

Kończę karierę kolarską z lekkim niedosytem WYWIAD

Po 20 latach ścigania Marek Rutkiewicz, jeden z najbardziej doświadczonych polskich kolarzy, zakończył karierę. "Odczuwam lekki niedosyt, bo nie osiągnąłem tego, co chciałem” – podkreślił popularny „Rutek”, rekordzista pod względem liczby startów w Tour de Pologne.

Polska Agencja Prasowa: Jakie uczucia towarzyszą panu po zakończeniu kariery: ulga, żal, może niedosyt?

Marek Rutkiewicz: Myślę, że lekki niedosyt. Nie udało mi się osiągnąć tego, co chciałem, a zdaję sobie sprawę, że mam już 39 lat, organizm jest coraz słabszy. Ciężko byłoby mi osiągnąć coś więcej.

PAP: Czego najbardziej pan żałuje? Skąd ten niedosyt?

M.R.: Zawsze chciałem wygrać Tour de Pologne i w pierwszych latach ścigania byłem bardzo blisko celu. Pod koniec kariery marzyła mi się koszulka mistrza Polski w wyścigu ze startu wspólnego. I znów byłem blisko. W 2016 roku w Świdnicy przegrałem o koło z Rafałem Majką, a rok później w Gdyni ponownie byłem drugi. Wygrał Adrian Kurek po wyścigu, który wzbudził duże kontrowersje. Kurek w dziwny sposób przeskoczył sam do naszej ucieczki, a potem wiózł się na kole innych, nie dając zmian. Wtedy czułem duży niedosyt. Stać mnie było na tytuł mistrza Polski, byłem silny.

PAP: Z Tour de Pologne zapamiętałem pana w żółtej koszulce lidera po wygraniu etapu w Karpaczu. Był rok 2004 i wydawało się, że zwycięży pan w tym wyścigu.

M.R.: Ostatniego dnia odebrał mi ją Ondrej Sosenka. Popełniłem błąd na zjeździe, wypadłem z drogi na jednym z zakrętów, złapałem pobocze i straciłem kontakt z Sosenką i z Piotrem Przydziałem, z którymi uciekałem. Niepotrzebnie czekałem na swoją drużynę, z której do pomocy miałem tylko Tomka Brożynę. Straciłem minutę. Wtedy byłem najbliższy zwycięstwa w Tour de Pologne, a zająłem ostatecznie czwarte miejsce. Pamiętam też etap TdP do Krynicy w 2009 roku, gdy moją akcję skasował Sylwester Szmyd 200 metrów przed metą. Z sześcioosobowej czołówki wygrał wtedy Alessandro Ballan i to wystarczyło mu do zwycięstwa w całym wyścigu. Znów byłem bardzo blisko – szósty w klasyfikacji końcowej ze stratą tylko 16 sekund do Ballana.

PAP: Kibicom kolarstwa kojarzy się pan właśnie z Tour de Pologne. 17 startów to rekord, który trudno będzie poprawić.

M.R.: Rzeczywiście to rekord. Najlepszy wynik uzyskałem w debiucie w 2002 roku, zajmując w klasyfikacji generalnej trzecie miejsce. 11 razy kończyłem ten wyścig w pierwszej dziesiątce, zdobywałem koszulkę lidera klasyfikacji górskiej, punktowej, młodzieżowej, a także generalnej, której nie udało mi się utrzymać.

PAP: Rozpoczynał pan karierę z wysokiego „c”, podpisując kontrakt z grupą zawodową Cofidis, z którą był pan związany przez trzy lata. Ale przygoda francuska nie zakończyła się szczęśliwie.

M.R.: Jako junior wygrałem wiele wyścigów i trafiłem do amatorskiej drużyny ACBB Paris, a stamtąd do Cofidisu, gdzie ściągnął mnie mój znajomy Bogdan Madejak. Potem podpisałem kontrakt z inną francuską ekipą Jean Delatour, ale w styczniu 2004 roku wybuchła afera Cofidisu. Policja podejrzewała, że w ekipie działa siatka przemytników środków dopingowych. Połowa kolarzy była w nią zamieszana. Adwokat jednego z nich Cedrica Vasseura odkrył, że policja, która przeszukiwała domy zawodników, fałszowała dowody w sprawie. Niczego mi nie udowodniono, ale smród ciągnął się za mną długie lata.

PAP: Miał pan później jeszcze szansę startów w innej ekipie z najwyższej dywizji?

M.R.: Pod koniec 2006 roku dostałem ofertę z belgijskiej grupy Quick Step. Ale niestety odezwała się wtedy francuska prokuratura ogłaszając, że na początku następnego roku przedstawi wyniki śledztwa. Przypuszczam, że Quick Step przestraszył się albo nie był pewny, jakie będą konkluzje śledztwa. Kontakt się urwał. W 2007 roku zamknięto wreszcie aferę Cofidisu. Okazało się, że niektórzy kolarze mieli w domach środki dopingowe, którzy zostali zawieszeni, m.in. David Millar. Ja dostałem wyrok w zawieszeniu za to, że posiadałem środki nielegalne na terenie Francji, ale nie chodziło o dopingowe, tylko lekarstwa, które nie były wyprodukowane w tym kraju. Myślę, że prokuratura szukała pretekstu, żebym nie domagał się odszkodowania. Kilka lat później miałem jeszcze propozycję przejścia do baskijskiego Euskaltelu, ale ekipa CCC nie pozwoliła mi odejść.

PAP: Do końca kariery ścigał się pan w polskich drużynach: Intel-Action, Mróz, CCC, Wibatechu oraz w Mazowsze Serce Polski. Którą z nich wspomina pan najlepiej?

M.R.: Trudno powiedzieć. W każdej z nich na początku bardzo dobrze się czułem, nawet w CCC. W barwach Mazowsza startowałem od tego roku i dostałem propozycję przedłużenia kontraktu na następny, ale po długich wahaniach odrzuciłem ją. Z wiekiem coraz trudniej byłoby wypracować formę. Ten rok był prawdziwym roller coasterem dla kolarzy: wyścigi były odwoływane, kalendarz się zmieniał, ciężko było trafić z formą. Nie ukrywam też, że mam mieszane uczucia co do przyszłego sezonu z powodu pandemii. Już teraz pojawiają się informacje o odwołanych wyścigach w styczniu w Australii.

PAP: Pański największy sukces?

M.R.: Trudno powiedzieć. W wyścigu kategorii HC w Chinach zająłem drugie miejsce za Tylerem Hamiltonem. Oprócz sukcesów w Tour de Pologne bardzo sobie cenię wygrany etap wyścigu Tour de l’Ain we francuskich Alpach. Pokonałem wtedy na 13-kilometrowym podjeździe samego Richarda Virenque’a, najlepszego wtedy „górala”, wielokrotnego zwycięzcę klasyfikacji górskiej w Tour de France. Dla mnie, wówczas 22-latka, był to niesamowity sukces.

PAP: Dziękując wielu osobom za wsparcie podczas kariery, podkreślił pan rolę żony, Anny Szafraniec-Rutkiewicz, byłej wicemistrzyni świata w kolarstwie górskim.

M.R.: Ania jest moim najwierniejszym kibicem. Poznaliśmy się w 1999 roku na zgrupowaniu kadry juniorów w Polanicy. To była miłość od pierwszego wejrzenia, a jesteśmy nierozłączni już ponad 20 lat. Mieszkamy zresztą w rodzinnej miejscowości Ani, w Głogoczowie pod Krakowem.

PAP: Czy ma pan już skonkretyzowane plany na przyszłość?

M.R.: Przede wszystkim chcę wykorzystać swoją wiedzę. Przez wiele lat sam byłem dla siebie trenerem, teraz chętnie się tym podzielę – w grupie zawodowej czy z amatorami. Gdy odmówiłem przedłużenia kontraktu z grupą Mazowsze Serce Polski Dariusz Banaszek zaproponował mi rolę dyrektora sportowego, jeśli uda się dopiąć wszystkie sprawy na przyszły rok. Spodobała mi się też praca eksperta w telewizji. Zadebiutowałem w tym roku w TVP Sport przy okazji Tour de Pologne i bardzo dobrze się czułem przed kamerą. Tremy nie było.

PAP/KN

Najpopularniejsze

  • Tatry Zachodnie: polski turysta ranny podczas ucieczki przed niedźwiedzicą

    Radio Kraków

  • Śmiertelny wypadek w Januszowicach. Nie żyje 33-letni kierowca

    Jan Pająk

  • Tragiczne odkrycie w lesie pod Tarnowem. Biegacz znalazł ciało 37-latka

    Agnieszka Wrońska-Bęben

  • Sześć departamentów do likwidacji. Łukasz Gibała podpisał zarządzenie

    Radio Kraków

  • Wichury nad Polską, alerty także w Małopolsce. W Tatrach możliwe zamiecie

    Radio Kraków

  • Przez ponad 200 lat uważano go za kopię. Sensacyjne odkrycie na Wawelu

    Gabriela Koziara

Najnowsze

  • Urząd Miejski w Wojniczu już w nowej siedzibie. Przeprowadzka opóźniła się o kilka miesięcy

  • Wenecja 1 – odrestaurowana kamienica ze strefą wellness w Krakowie

  • Osada Czorsztyn odzyska blask. Ruszyła rewitalizacja zabytkowego kompleksu

  • Czy Europa wraca do najciemniejszych czasów XX wieku? Konstanty Gebert: „Powracają nastroje w innych kostiumach”

  • Koniec z niebezpiecznym skrzyżowaniem w Zembrzycach? Powstanie rondo turbinowe

  • W Zakopanem wrze wokół obwodnicy. "Drogę będę miała pod salonem"