– Demokrację zabija dogmatyczność – mówi w Radiu Kraków prof. Łukasz Tomasz Sroka, historyk z Uniwersytetu Komisji Edukacji Narodowej i ekspert zajmujący się historią oraz polityką Izraela. Po wyborach żaden z głównych bloków nie ma bezwzględnej większości w Knesecie, a kluczową rolę mogą odegrać partie arabskie. Rozmówca Radia Kraków analizuje możliwe koalicje, przyszłość Benjamina Netanjahu i ryzyko kolejnej wojny z Iranem.
Posłuchaj podcastu
Partie arabskie mogą zdecydować o większości
Ostatnie wybory w Izraelu nie przyniosły nikomu jednoznacznego zwycięstwa, a o większości mogą zdecydować partie arabskie. Jak wygląda sytuacja po głosowaniu?
Wybory z 27 października nie przyniosły jednoznacznego rozstrzygnięcia. Wieści o politycznej śmierci Benjamina Netanjahu, nazywanego Bibim, okazały się jednak przesadzone. Jego ugrupowanie zdobyło 27 mandatów, najwięcej spośród pojedynczych partii. Cały blok popierający Netanjahu ma 53 miejsca, a blok jego przeciwników – 48. Żaden nie ma bezwzględnej większości, która w 120-osobowym Knesecie wynosi 61 mandatów. Dlatego uwaga kieruje się ku dwóm partiom arabskim, które łącznie zdobyły 19 miejsc. Wiąże się to również z bardzo wysoką frekwencją, wynoszącą 77,9 proc. Arabscy obywatele Izraela także licznie poszli do urn. Podkreśliłbym, że to zwycięstwo demokracji. Choć mamy polityczny pat, sam udział ludności arabskiej w decydowaniu o przyszłości państwa jest ważny. Życzyłbym Żydom, których w krajach arabskich jest coraz mniej, czy chrześcijanom, żeby mogli podobnie uczestniczyć w życiu politycznym państw regionu, w których mieszkają.
Nowy Izrael jest coraz mniej europejski. Prof. Sroka o zmianach po 7 października
Czy partie arabskie mają zdolności koalicyjne w Knesecie?
Tu pojawia się podstawowy problem. Gdyby nie nastawienie sporej części izraelskiej opinii publicznej do współpracy z partiami arabskimi, Netanjahu mógłby w najbliższych dniach zostać odsunięty od władzy. Blok jego przeciwników i partie arabskie mają razem 67 mandatów, czyli spokojną większość. Część liderów ugrupowań syjonistycznych zapowiedziała jednak, że nie zamierza się z nimi porozumiewać. Obok wieloletnich sporów politycznych i militarnych mamy tu również głęboką traumę po 7 października 2023 roku. Niechęć do takiej koalicji nie dotyczy wyłącznie Netanjahu. Główny lider przeciwnego bloku, generał Gadi Eisenkot, stracił w tej wojnie syna, bratanka i siostrzeńca. Izrael znalazł się w klinczu, który opisałbym za pomocą dwóch hebrajskich określeń: „lo”, czyli „nie”, oraz Lahaw 433. Z izraelskich wiadomości wynika, że Eisenkot zaczyna ustępować w sprawie współpracy z partiami arabskimi. Awigdor Lieberman, lider partii Nasz Dom Izrael, na razie nie zamierza tego robić. Mówi: nie z Arabami i nie z ultraortodoksami. No to z kim?
Lahaw 433 to z kolei jednostka policji zajmująca się najpoważniejszymi przestępstwami kryminalnymi, gospodarczymi i korupcją na najwyższych szczeblach władzy. Zajmowała się również sprawami dotyczącymi Netanjahu. Przez lata chwaliłem jej pryncypialność. W Izraelu mówi się, że można się porozumieć z Mosadem, kontrwywiadem Szin Bet czy wywiadem wojskowym Amanem, bo potrzebują informacji i współpracy. Lahaw 433 niczego od ciebie nie potrzebuje: jeżeli wykryje przestępstwo, bezwzględnie dąży do celu. Nie przesądzam o winie premiera w sprawach, w których jest oskarżany. Przyjmuje się jednak, że oddanie władzy mogłoby z dużym prawdopodobieństwem oznaczać dla niego więzienie. Jeśli osoba sprawująca władzę ma świadomość takiego zagrożenia, sytuacja staje się niebezpieczna.
Skąd mobilizacja arabskich wyborców, skoro możliwości koalicyjne reprezentujących ich partii są niewielkie?
To temat pokazujący specyficzny status ludności arabskiej w Izraelu. Z jednej strony mamy prymat kultury żydowskiej, narodu żydowskiego i języka hebrajskiego. Z drugiej – codzienną, pokojową koegzystencję Żydów i Arabów, która rzadziej przyciąga uwagę mediów niż obrazy ze Strefy Gazy, starcia z demonstrantami czy zamachy terrorystyczne. Prowadziłem zajęcia na izraelskich uczelniach. Wśród moich studentów byli Arabowie, dziś pracujący jako wykładowcy, lekarze, architekci czy informatycy. Czują się współgospodarzami Izraela. Ich pozycja jest słabsza przede wszystkim w służbach specjalnych i wojsku, ale na uczelniach, w urzędach i instytucjach publicznych nie ma z tym większego problemu. Również w wojsku wiele się zmienia: są arabscy oficerowie, a Druzowie i Beduini często pozostają lojalni wobec państwa. Pamiętajmy, że wśród ofiar ataku Hamasu z 7 października byli też Arabowie, zamordowani z taką samą bezwzględnością jak Żydzi. Wykształceni Arabowie mieszkający w Izraelu wiedzą, że nie ma lepszej alternatywy niż pokój.
Obóz Netanjahu mówi jednak o „skradzionych wyborach” i domaga się śledztwa. Pojawiają się sugestie, że za mobilizacją arabskich wyborców mogły stać tajne przelewy z Kataru, a w drugiej kolejności z Turcji. Uważam to raczej za fałszywy trop. Arabskim wyborcom udzieliła się atmosfera sporu politycznego. Współdzielą los mieszkańców Izraela i również chcą wyjścia z trudnej sytuacji. Izrael, zamiast skupiać się na wyzwaniach współczesności i wyprzedzać inne państwa, coraz częściej pogrąża się w miejscowym chaosie politycznym.
Sojusz z USA i ryzyko wojny z Iranem
Czy Netanjahu, chcąc wyjść z politycznego narożnika, może zdecydować się na kolejne uderzenie na Iran, wspólnie ze Stanami Zjednoczonymi?
Pierwszy raz od lat mamy pewien kryzys w relacjach izraelsko-amerykańskich. Dotąd po obu stronach dominowało przekonanie, że to sojusz stały i korzystny dla obu państw. Nadaktywność Donalda Trumpa w sprawach izraelskich zaburzyła jednak to poczucie u Izraelczyków. Są dumni ze swojego państwa, którego odbudowa kosztowała ich bardzo wiele, i wyczuleni na ingerencję w sprawy wewnętrzne. Netanjahu znalazł się więc w trudnej sytuacji: poparcie Trumpa jest mu potrzebne, ale dla części izraelskiej opinii publicznej pozostaje kontrowersyjne. Sojusz z Ameryką bywa postrzegany jako sojusz dwóch liderów – Netanjahu i Trumpa. W liberalno-lewicowej części społeczeństwa pojawiają się obawy, że Izraelczycy staną się zakładnikami wojny prowadzonej przede wszystkim w interesie Stanów Zjednoczonych i bezpieczeństwa globalnego.
Sprawy są skomplikowane. Irańscy przywódcy publicznie deklarowali zniszczenie Izraela i wspierali formacje z nim walczące, takie jak Hezbollah. W obecnych realiach przesunięcie uwagi opinii publicznej w stronę Iranu stało się jednak dla Netanjahu korzystne. Część Izraelczyków protestuje, bo uważa, że to oni zapłacą najwyższą cenę: będą schodzić do schronów, tracić bliskich, mieszkania i dorobek życia wskutek spadających rakiet. Obrona przeciwrakietowa działa na bardzo wysokim poziomie, ale nie strąca wszystkich pocisków. Na taką cenę spora część izraelskiej opinii publicznej się nie zgadza.
Co dalej z Netanjahu? Cztery scenariusze
Czy dalsze rządy Netanjahu oznaczałyby pogłębienie izolacji Izraela?
Podstawowych wariantów jest kilka. Na Bliskim Wschodzie może wydarzyć się wszystko, nawet pokój. Inicjatywa należy teraz do prezydenta Icchaka Hercoga. Jego wypowiedzi odczytuję jako wezwanie do powołania rządu jedności narodowej. To jeden ze scenariuszy, ale przeszkodą jest to, że odsunięcie Netanjahu od władzy lub zepchnięcie go na boczny tor stanowi dla niego osobiste zagrożenie. Drugi wariant to rząd opozycji wspólnie z partiami arabskimi – wtedy jest większość. Trzeci, dziś najmniej prawdopodobny, choć nie niemożliwy, to rząd bloku Netanjahu z partiami arabskimi. Pozostają też kolejne wybory. Biorąc pod uwagę całą procedurę, mogłyby odbyć się mniej więcej za pół roku.
Z obserwowania tej sytuacji wyciągam lekcję ważną także dla Polski i świata: demokrację zabija dogmatyczność. Chodzi o wprowadzanie do polityki dogmatów, że na pewno nie będziemy współpracować z tym czy innym ugrupowaniem, oraz o sposób traktowania liderów. Scena polityczna dzieli się na dwa wyraźne bloki. Ich przywódcy coraz częściej nie mają już zwolenników i przeciwników, lecz wyznawców i śmiertelnych wrogów. Druga sprawa to emocjonalność. Tradycyjne media dawały naturalny dystans: zanim włączyliśmy wiadomości, sytuacja zdążyła się wyjaśnić, a my mogliśmy ochłonąć. Media społecznościowe sprawiają, że wszystko komentujemy w czasie rzeczywistym, czujemy się zobowiązani wypowiadać w każdej sprawie i wszyscy znają się na wszystkim. Zaczynam się zastanawiać, ile energii przeznaczamy na normalną pracę firm, zakładów czy uczelni, a ile na emocjonowanie się politycznym teatrem, który w większym stopniu można byłoby pozostawić politykom.