Artyści z delikatnymi rękami, z duszą wysublimowaną, którzy wywożą węgiel i robią porządki. Takie były początki najsłynniejszego polskiego kabaretu Piwnicy pod Baranami. W tym roku mija 70. rocznica jego powstania.
Gościem Marzeny Florkowskiej jest Bogdan Micek, dyrektor i dyrektor artystyczny Piwnicy pod Baranami.
Posłuchaj wypowiedzi
Naprawdę to była taka, użyjmy tego słowa z nieoficjalnego języka, zapyziała, zagracona, zawęglona piwnica w centrum Krakowa. Taki grajdołek, powiedzmy, krakowski. Składowano tam deski, rupiecie różnego rodzaju, węgiel. W 1956 roku nastąpiła odwilż polityczna, a młodzież poszukiwała swojego miejsca, co by się spotykać, dyskutować. Niekoniecznie o polityce, ale też o sztuce szeroko pojętej.
Spotykali się w różnych miejscach. Przy ul. Floriańskiej w Casanowie, czyli w późniejszym Kaprysie. W Jamie Michalika, gdzie Piotr Skrzynecki miał swoją ławę bardzo dużą, ale nie zezwalał każdemu, aby się do niego dosiąść. I jeszcze przy Łobzowskiej w Klubie Plastyków.
Powolutku wchodzili artyści do piwnicy. Ale stanęli przed olbrzymim zadaniem, bo gdzie artysta, gdzie praca i to ciężka praca. Fizyczna ciężka praca. A przecież to byli artyści z ASP, między innymi Wiesiek Dymny, Bronisław Chromy, ale i też muzycy. Krzysztof Penderecki. Penderecki od razu powiedział, że on nie będzie nic robił, bo on gra na skrzypcach, musi uważać na ręce. Piotr Skrzynecki był od dyrygowania, co się bardzo artystom nie spodobało.
Tam były dwa wejścia: jedno dosyć wygodne, drugie mniej wygodne. Ale na taczkach ustawiali te wszystkie rupiecie i wywozili, a przecież tam było strasznie dużo kurzu, brudu. To trwało i trwało. Najwięcej pracy wniósł Bronisław Chromy, bo miał potężne ręce jako rzeźbiarz. I to był jedyny artysta, który pracował już zarabiając na rodzinę, i jeszcze mógł postawić im albo jakieś jedzenie, albo wino marki Wino, słynne zresztą, prawda. I on wniósł najwięcej z Wieśkiem Dymnym. Po prostu byli umorusani niesamowicie, a Piotr dyrygował, więc go odłączono od ekipy.
Ponieważ tak pyskował, powiedzieli, że przynajmniej musi wywieźć jedną taczkę gruzu. I wywiózł, potykając się, chwiejąc się, ale wyniósł. Został zaliczony.
Pierwszą dekoracją zajął się Wiesiu Dymny, który z tektury tworzył różnego rodzaju cuda. Kazia Wiśniaka jeszcze nie było, a oni razem mieszkali w akademiku i stąd po pewnym czasie Kaziu pojawił się w Piwnicy.
No i to była kartonowa dekoracja. Na to pierwsze spotkanie Bronisław Chromy wydał tysiąc złotych, żeby na ten jeden raz przenieść fortepian do piwnicy z góry, gdzie w Domu Kultury Wieczysty prowadził kursy tańca. I żeby jeszcze na poczęstunek jakieś kanapeczki zrobić ewentualnie i kupić dużą ilość wina.
To była pożyczka, która nigdy nie została oddana. Pożyczano również u pani Mortkowiczowej, która przyjechała z Warszawy z Joanną Ronikier. Ona też bardzo lubiła piwniczan i wtedy od niej też długi zaciągano.
Pierwszy występ. Pożyczono jakimś cudem jeden reflektor, ustawiono mnóstwo, mnóstwo świec przyczepiano do ścian, które są chropowate, z zagłębieniami. Rozpalono ogień w kominku.
Do tego wszyscy palili papierosy, po prostu było nie do wytrzymania. Cudem, że się nie podusili. Tak, a jedynym wywietrznikiem było okienko na ulicę św. Anny ze słynnymi klamrami, którędy ludzie później przechodzili do Piwnicy. W pierwszym okresie były tylko dwa pomieszczenia.
Taki był pierwszy program. Kaziu Wiśniak, który przyszedł na ten pierwszy program powiedział, że było nudno. Fatalne.
I tak powolutku, powolutku zaczął się tworzyć kabaret, a muzyków przecież nie było. Pierwszą muzykę do Leokadii napisał Krzysiu Litwin „Ja ci śrubkę wkręcę w radio”.