"Ostrzegamy wszystkich przed manipulacją, dezinformacją i oszustwem. Kardynał Grzegorz Ryś nigdy nie brał udziału w reklamach, a wykorzystanie wizerunku Metropolity Krakowskiego narusza Jego dobra osobiste" - krótko, chłodno, niemal jak alert z banku po ataku hakerów. A jednak to oficjalne oświadczenie krakowskiej kurii! Chodzi o metropolitę, którego cyfrowy sobowtór zachwalał w sieci suplementy diety i fundusze inwestycyjne, o czym informowaliśmy w programie Prawda czy Fejk już początkiem grudnia. Czy był to tylko jednorazowy wybryk żartownisiów, czy początek nowej fali manipulacji, która ma zatopić autorytet Kościoła? Kogo jeszcze „podrobiono”?
Posłuchaj podcastu
To nie jest żaden wybryk, to jest regularna wojna o nasze portfele, w której sacrum zdarzyło się z bezwzględną cyberprzestępczością. To, co zrobili z kardynałem Rysiem, to technologiczny majstersztyk i bezczelne oszustwo w jednym. Zastosowano deepfake.
Przestępcy nakarmili sztuczną inteligencję godzinami kazań metropolity. AI uczyła się jego głosu, specyficznych pauz, nawet tego jak bierze oddech. Efekt? Na ekranie widzisz kardynała, słyszysz jego głos, ale słowa, które padają to już jest czysty scam.
Dlaczego duchowni? Bo oszuści wiedzą, że sutanna w Polsce to wciąż potężny kapitał zaufania. Kilka miesięcy temu uderzyli w arcybiskupa Adriana Galbasa. Tu było prościej - masówka na Facebooku. Fałszywe profile, oficjalne zdjęcia, no i wiadomości prywatne do wiernych. Klasyczny phishing. "Tak, dzień dobry, tu biskup Adrian, mam pilną potrzebę, proszę o kod BLIK". Brzmi jak kiepski żart, ale dla starszej osoby, dla której biskup to autorytet, już niekoniecznie.
Najnowszą i wyjątkowo perfidną metodę testują na Dominikanach ze Służewa. To już jest kradzież tożsamości cyfrowej na pełną skalę. Oszuści stawiają kanały na YouTube, które wyglądają identycznie jak te zakonne. Publikują tam prawdziwe kazania, np. ojca Krzysztofa Pałysa, żeby zbudować sobie armię cieni. Tysiące nieświadomych subskrybentów. W odpowiednim momencie, między jedno a drugie kazanie o miłosierdziu, wkleją link do lewych zbiórek albo cudownych inwestycji.
W 2026 roku, to już jest przemysł. Cyberprzestępcy śledzą kalendarz, ingresy, nominacje, uderzają tam, gdzie akurat są emocje. Nie potrzebują studia. Wystarczy im laptop i zero jakichkolwiek hamulców.
Podsumujmy. Dominikanie nie handlują kryptowalutą, arcybiskup Galbas nie prosi o pożyczki na Messengerze, a kardynał Ryś nie rzucił Krakowa dla branży farmaceutycznej. To nie są cuda, to są cyfrowe manipulacje. Wirtualny habit to tylko przebranie, pod którym siedzi haker.