"Nie przejmuj się", "nic się nie stało", "na pewno sobie poradzisz", "będzie dobrze" to zdania, które mają pocieszać, ale czasem robią coś zupełnie odwrotnego. Zamiast dawać wsparcie, mogą unieważniać lęk, smutek, złość czy bezradność. Szczególnie mocno odczuwają to dzieci, które dopiero uczą się rozpoznawać i regulować emocje. Problemem nie jest jednak pozytywne myślenie samo w sobie, lecz przekonanie, że trudne emocje trzeba jak najszybciej wyciszyć, przykryć uśmiechem i zastąpić wiarą, że jakoś to będzie. Gdzie zatem przebiega granica między zdrowym optymizmem a toksyczną pozytywnością? Więcej opowiedziała w rozmowie z Sylwią Paszkowską Katarzyna Wnęk-Joniec, psycholog dziecięca.
Przez lata żartowaliśmy, że narzekanie jest polskim sportem narodowym. Potrafimy narzekać na pogodę, ceny, politykę, pracę i korki. Dziś jednak coraz częściej pojawia się druga skrajność: presja, by zawsze patrzeć na życie pozytywnie. Zdrowie psychiczne nie polega na tym, że przez cały czas jesteśmy spokojni, uśmiechnięci i przekonani, że wszystko się ułoży. Przeciwnie, obejmuje również zdolność do przeżywania tego, co trudne. Można być silnym człowiekiem i jednocześnie się bać. Można być wdzięcznym za swoje życie i jednocześnie mieć dość. Można wierzyć, że przyszłość będzie lepsza, a dzisiaj po prostu czuć się źle.
Szczególnie ważne jest to w relacji z dzieckiem. Dziecko wraca ze szkoły i płacze. Pokłóciło się z kolegą. Ktoś powiedział mu coś przykrego. Przegrało zawody. Zawiodło się na przyjacielu. Dorosły odruchowo odpowiada, by się nie przejmował, że będzie dobrze. Intencja jest zwykle dobra. Rodzic chce uspokoić dziecko i pokazać mu, że problem nie jest końcem świata. A przecież zanim nauczymy dziecko radzenia sobie z emocjami, musimy najpierw pozwolić mu je przeżyć i nazwać.
Psychologia jasno pokazuje, że gdy nazwiemy uczucie, to pozwala to zrozumieć, co się ze mną dzieje. Dajmy sobie prawo ponarzekać – mówi Katarzyna Wnęk-Joniec.
W przypadku dorosłych dochodzi jeszcze jeden mechanizm. Niektórym osobom przez lata przypisujemy rolę silnych. W ten sposób można nieświadomie zbudować wokół człowieka obraz wojownika, który nie ma prawa się załamać. A przecież dorosłość nie oznacza konieczności nieustannego radzenia sobie. Dorosły człowiek może powiedzieć: "Dzisiaj nie potrzebuję rady. Chcę, żebyś mnie wysłuchał". To właśnie jest oznaka emocjonalnej dojrzałości, a nie ciągła siła, ale możliwość rozpoznania własnego stanu i powiedzenia, czego w danym momencie potrzebujemy. Dziecko tej umiejętności jeszcze nie posiada. Dopiero się jej uczy. Jeśli więc dorosły zamiast towarzyszyć mu w trudnych emocjach oczekuje, że dziecko "samo sobie poradzi", może nauczyć je przede wszystkim zaciskania zębów.