W zeszłym tygodniu urodziłam córeczkę (Szpital im. Rydygiera w Krakowie). Mieszkam na stałe pod Bochnią. W poniedziałek chcieliśmy zarejestrować córkę w USC. Udaliśmy się więc do Bochni, sugerując się wiadomościami medialnymi sprzed nieco ponad tygodnia, że teraz wszystko jest łatwe, proste i można załatwić gdziekolwiek. Okazało się, że jednak nie. Pani w Bochni poinformowała męża, że musimy pojechać do Krakowa, bo tam jest miejsce urodzenia i wydanie aktu urodzenia i nadanie numeru PESEL niestety tylko tam. Późniejsze sprawy rzeczywiście możemy załatwiać gdziekolwiek.
Udałam się więc dzisiaj do USC na os. Zgody w Krakowie, gdzie... dowiedziałam się, że niestety nic z tego, nie uda się. Lista dwudziestu osób, które są obsługiwane danego dnia, powstaje około 6 rano (urząd zaczyna pracę o 7:30). Wcześniej obsługiwano 50 osób dziennie, w związku z "ulepszeniem" systemu, obsługiwanych jest dwadzieścia.
Mieszkamy pod Bochnią, mamy trójkę dzieci, mąż ma firmę a czeka go jutro wycieczka do Krakowa na 6 rano. Dodatkowo i tak nie ma gwarancji, że cokolwiek załatwi... Ja chciałabym złożyć dokumenty w sprawie zasiłku macierzyńskiego, bo terminy biegną. Na pewno nie jestem jedyna.
Czy to jest normalna sytuacja? Dlaczego to my, rodzice nowonarodzonych dzieci, mamy ponosić wszelkie konsekwencje wprowadzenia nowego świetnego systemu? Dlaczego nikt nie myśli o tym, żeby w jakikolwiek sposób wyjść nam naprzeciw? Nawet informacje przekazują "kolejkowicze" a Panie pracujące w urzędzie odpowiadają zdawkowo i zupełnie nie widzą problemu...
Wanda