Wtorek, 27 paź 1 °C Jakość powietrza: Dobra Na antenie
Menu dostępności (CTRL+U)
Zmień kontrast
Podświetl linki
Zatrzymaj animacje
Powiększ tekst
Szerokość tekstu
Wysokość linii
Resetuj ustawienia

Mumford & Sons wracają z „Prizefighter”

\Nie dali nam długo czekać. W rok po premierze „Rushmere” Mumford & Sons wracają z „Prizefighter”. Czy są jakieś niespodzianki? Niekoniecznie. Ale jest porcja solidnie zagranych, melodyjnych piosenek, które przypominają, że proste jest piękne.

Wpadli w uszy słuchacza spektakularnie. Pamiętam swoje pierwsze spotkanie z Mumford & Sons i głębokie zdumienie, że muzykę tak osadzoną w amerykańskiej tradycji, gra zespół z Londynu. Potem nastąpiło ogólne "wow", a debiutancki album "Sigh No More"zachwycił słuchaczy także w Irlandii, Australii, Nowej Zelandii i Stanach Zjednoczonych, zaś BBC zapewniła umieściła Mumford & Sons na prestiżowej liście “Sound of 2009. Teraz mamy rok 2026 i po perturbacjach w składzie grupa pokazuje, że do emerytury jeszcze daleko. Po odejściu Winstona Marshalla, kilkuletniej przerwie wydawniczej i próbach redefinicji własnego brzmienia Mumford & Sons dobrze sobie radzą jako trio i chwytają kolejny, artystyczny oddech.

„Prizefighter” nie jest albumem rewolucyjnym. Mumford & Sons nie próbują na siłę wymyślać siebie od nowa ani ścigać się z modami dominującymi współczesny pop czy indie rock. Zamiast tego stawiają na szczerość, doświadczenie i zaufanie do własnych instynktów. Prostota, a wręcz tradycyjność brzmienia okazuje się największym atutem płyty.

Kluczową rolę odegrał tu Aaron Dessner z The National, który współprodukował album i, jak przyznawali Marcus Mumford oraz Ben Lovett, stworzył atmosferę całkowitej swobody. Materiał powstał w ciągu zaledwie dziesięciu dni w Long Pond Studio, a muzycy wielokrotnie podkreślali, że nie analizowali każdego dźwięku bez końca, lecz pozwolili piosenkom wybrzmieć niemal od pierwszych podejść. To słychać od pierwszych minut. „Prizefighter” nie brzmi jak perfekcyjnie wypolerowany produkt, lecz jak zapis chwili, pełen emocji, spontaniczności i zaufania, że pierwszy raz bywa najlepszy.

Album otwiera „Here”, nagrany z Chrisem Stapletonem. To świetne wprowadzenie do całości. Utwór osadzony pomiędzy folkiem, americaną i rockiem, który pokazuje, że zespół coraz śmielej wychodzi poza własne gatunkowe ramy. Jeszcze lepiej wypada singlowy „Rubber Band Man”, w którym Hozier nie jest jedynie ozdobnikiem. Jego charakterystyczny głos naturalnie splata się z wokalem Marcusa Mumforda, tworząc jeden z najmocniejszych duetów w tegorocznej muzyce gitarowej.

Gości jest zresztą więcej. Gracie Abrams wnosi delikatność do „Badlands”, Gigi Perez dodaje dramatyzmu w „Icarus”, a obecność innych współpracowników pokazuje zmianę filozofii zespołu. Mumford & Sons przez lata byli dość zamknięci we własnym świecie. Tym razem otwierają drzwi szeroko, ale nie tracą przy tym swojej tożsamości. Żaden z gości nie przyćmiewa gospodarzy. Przeciwnie, każdy wzbogaca opowieść o kolejny odcień.

Największą siłą „Prizefighter” pozostają jednak same piosenki. Marcus Mumford pisze dziś inaczej niż kilkanaście lat temu. Nie ma już młodzieńczego patosu znanego z „Sigh No More, zamiast tego pojawiają się teksty bardziej osobiste, spokojniejsze i dojrzalsze. Są opowieści o ojcostwie, odpowiedzialności, przemijaniu, odbudowywaniu relacji i odnajdywaniu sensu po trudniejszych momentach życia. To liryka człowieka, który nie musi już nikomu udowadniać swojej wrażliwości.

Również muzycznie słychać większy spokój. Banjo nadal pozostaje ważnym elementem brzmienia, ale nie jest już jego jedynym znakiem rozpoznawczym. Więcej przestrzeni dostają fortepian, subtelne partie gitar, smyczki i bardzo oszczędnie używana elektronika. Dessner doskonale wie, kiedy pozostawić ciszę, a kiedy pozwolić aranżacjom rozkwitnąć. Dzięki temu album oddycha, a kolejne utwory mają własny charakter, mimo że tworzą niezwykle spójną całość.

Nie wszystkie melodie zostają w pamięci natychmiast po pierwszym odsłuchu. Ale może właśnie dlatego „Prizefighter” działa tak dobrze w dłuższej perspektywie. To album, który nie próbuje za wszelką cenę zdobyć uwagi w trzydzieści sekund. Wymaga czasu, kolejnych spotkań i uważnego słuchania. Z każdym odsłuchem odkrywa nowe szczegóły: delikatne harmonie, subtelne zmiany rytmu czy drobne niuanse w interpretacji wokalnej.

„Prizefighter” nie będzie zapewne albumem, który zrewolucjonizuje współczesną muzykę folkową. Nie taki jest zresztą jego cel. To płyta o odbudowywaniu zaufania do siebie nawzajem, do procesu twórczego i do publiczności. Album nagrany przez ludzi, którzy znów czerpią radość ze wspólnego grania. A tej radości nie da się wyprodukować ani dopisać w studiu.. „Prizefighter” nie krzyczy i nie próbuje nikogo przekonać, że jest arcydziełem. Po prostu spokojnie udowadnia, że zespół wciąż potrafi pisać piękne, mądre i poruszające piosenki.

Najpopularniejsze

  • Tatry Zachodnie: polski turysta ranny podczas ucieczki przed niedźwiedzicą

    Radio Kraków

  • Śmiertelny wypadek w Januszowicach. Nie żyje 33-letni kierowca

    Jan Pająk

  • Tragiczne odkrycie w lesie pod Tarnowem. Biegacz znalazł ciało 37-latka

    Agnieszka Wrońska-Bęben

  • Sześć departamentów do likwidacji. Łukasz Gibała podpisał zarządzenie

    Radio Kraków

  • Wichury nad Polską, alerty także w Małopolsce. W Tatrach możliwe zamiecie

    Radio Kraków

  • Przez ponad 200 lat uważano go za kopię. Sensacyjne odkrycie na Wawelu

    Gabriela Koziara

Najnowsze

  • Urząd Miejski w Wojniczu już w nowej siedzibie. Przeprowadzka opóźniła się o kilka miesięcy

  • Wenecja 1 – odrestaurowana kamienica ze strefą wellness w Krakowie

  • Osada Czorsztyn odzyska blask. Ruszyła rewitalizacja zabytkowego kompleksu

  • Czy Europa wraca do najciemniejszych czasów XX wieku? Konstanty Gebert: „Powracają nastroje w innych kostiumach”

  • Koniec z niebezpiecznym skrzyżowaniem w Zembrzycach? Powstanie rondo turbinowe

  • W Zakopanem wrze wokół obwodnicy. "Drogę będę miała pod salonem"