Woody Allen to marka sama w sobie. Szkoda jednak, że mistrz amerykańskiej komedii zamiast skupić się na dopracowaniu najnowszych scenariuszy, wciąż odcina kupony (chlubnym wyjątkiem okazała się jedynie w 2013 roku „Blue Jasmine”) od swych wcześniejszych, wybitnych osiągnięć. W „Na karuzeli życia” otrzymujemy bowiem namiastkę tego, co w Allenie lubimy najbardziej: ciepłą i tętniącą życiem atmosferę lat 50. w Stanach Zjednoczonych (gdzie rozgrywa się akcja filmu), plejadę bohaterów, którzy – jak zwykle – zmagają się z problemami natury męsko-damskiej i zakochują się najczęściej od pierwszego wejrzenia, oraz słodko-gorzkie poczucie humoru (o stępionym już niestety ostrzu). Odnajdziemy tu także alter ego Woody'ego Allena w postaci niespełnionej Ginny (Kate Winslet). Na powierzchni filmowej tkanki jest więc pięknie. Gorzej jednak, gdy wchodzimy w nią głębiej.
Dobiegającą do czterdziestki Ginny uwiera codzienność. Życie u boku drugiego męża nie przynosi żadnej satysfakcji. Także dorastający syn (rasowy podpalacz) nie dostarcza jej powodów do dumy. Kobieta żyje przeszłością karmiąc się niespełnionymi marzeniami o aktorskiej karierze. Niezadowolona z siebie skończyła jako kelnerka u boku nieokrzesanego mężczyzny, który traktuje ją jak pomoc domową. Życie Ginny odmienia pewnego dnia młodszy od niej ratownik (Justin Timberlake), z którym wizja wspólnej przyszłości rzuca jasne światło na przyszłość.
Obdarzenie Ginny neurozą, permanentną migreną, zrzędliwością i malkontenctwem, oraz wrzucenie bohaterki w wir moralnie dwuznacznych wydarzeń nie wystarczyły jednak do tego, by uczynić z niej pełnokrwistą gwiazdę na allenowskiej scenie, której współczujemy, którą – po ludzku – lubimy i z którą chcemy się identyfikować. Czy więź z Ginnny zostaje zawiązana? Miałam poważne wątpliwości zwłaszcza w finale „Na karuzeli życia”.
Choć wizualny świat Allena wciąż uwodzi, poruszane w jego kinie tematy pozostawiają nas obojętnymi na losy bohaterów, którzy przecież żyją w kłamstwie, zdradzają i nie potrafią wyzwolić się z egoizmu. Widzów ani to jednak ziębi, ani grzeje. „Im starsi jesteśmy, tym rośnie nasza tolerancja na popełnione błędny. Dlatego nauczyliśmy się wybaczać” – mówi jeden z bohaterów w „Na karuzeli życia”. Od lat niczego innego nie robię chodząc na filmy Allena, które mimo wielu uchybień wciąż sprawią mi przyjemność.
Urszula Wolak