Jedna z filmowych teoretyczek napisała: „Kino jest życiem, które wyraża doświadczenie i doświadczeniem, które wyraża życie”. Słowa te powróciły do mnie podczas seansu „Happy End” Michaela Heneke. Najnowszy obraz Austriaka zdaje się być bowiem doskonałym punktem wyjścia do refleksji nad współczesną kondycją ludzkiej egzystencji.
Poznajemy rodzinę Laurantów mieszkających w usytuowanym nad morzem Calais: przedstawicieli wyższej klasy społecznej, intelektualistów otoczonych książkami, reprezentujących prestiżowe zawody – lekarzy, architektów i biznesmenów. Pozornie ich życiu nie brakuje niczego, a jednak Haneke odmalowuje portret autystyków XXI wieku pogrążonych w bezsensie istnienia – niezdolnych do okazywania miłości, wyjałowionych ze współczucia. Przed nami plejada wyrachowanych bohaterów – hipokrytów, nieczułych na krzywdę innych, którzy nie cofną się przed niczym, by zaspokoić wyłącznie swoje potrzeby. Napompowane ego prędzej czy później, jak podpowiada w swoim filmie Haneke, zaczyna jednak ciążyć.
Jego bohaterowie staja się niewolnikami żyjącymi w złotych klatkach, za co płacą wysoką cenę uciekając się do prób samobójczych, popadając w depresję czy pogrążając się w autodestrukcyjnych praktykach. Przejmujący jest jednak nie tyle ich smutny los, co brak nadziei na przyszłość. Młode pokolenie wcale nie antycypuje jakiejkolwiek zmiany, o czym dobitnie świadczy finałowa scena „Happy End”, w której serce i rozum dorastającej Evy zostaje zastąpione telefonem komórkowym.
Haneke nie jest jednak efekciarzem. Historie swych zdegenerowanych bohaterów opowiada w chłodnym i zdystansowanym – typowym dla siebie – stylu. Można i jemu oczywiście zarzucić wyrachowanie. W końcu reżyser jest reprezentantem klasy, która w filmie przeżywa bolesny i chyba nieodwracalny upadek. Czeka on Starą Europę mędrców nie potrafiących poradzić sobie nie tylko z własnym życiem, ale też z dotykającym kontynent społecznym kryzysem.
Urszula Wolak