Dla jednych będzie głęboko uduchowionym księdzem, dla innych wielkim improwizatorem, a może nawet hochsztaplerem, a co niektórzy dostrzegą w nim z pewnością wilka w owczej skórze. Daniel, bo o nim mowa – kreowany przez Bartosza Bielenię (aktora znanego m.in. z wybitnych ról w Narodowym Starym Teatrze w Krakowie) to bohater nowego filmu Jana Komasy zatytułowanego Boże Ciało. Twórca „Miasta 44” rozlicza się w nim z tematem polskiego katolicyzmu. Czyni to jednak, trzymając się z daleka od taniej publicystyki. Woli za to zgłębiać psychologię postaci i przyglądać się wnikliwie prowincjonalnej społeczności otaczającej księdza.
„Boże Ciało” to inspirowana prawdziwymi zdarzeniami historia chłopaka, który w poprawczaku przechodzi duchową przemianę i skrycie marzy, żeby zostać księdzem. Po kilku latach odsiadki zostaje warunkowo zwolniony, a następnie skierowany do pracy w zakładzie stolarskim. Zamiast się tam udać, kieruje się do miejscowego kościoła, gdzie zaprzyjaźnia się z proboszczem. Pod jego nieobecność zaczyna pełnić posługę kapłańską w miasteczku. Od początku jego metody ewangelizacji budzą kontrowersje wśród mieszkańców, szczególnie w oczach surowej kościelnej Lidii. Z czasem jednak nauki i charyzma fałszywego księdza zaczynają poruszać ludzi pogrążonych w tragedii, która wstrząsnęła lokalną społecznością kilka miesięcy wcześniej.
Jaka jest kondycja polskiego katolika? Jesteśmy ludźmi fasadowej wiary czy prawdziwie dobrymi chrześcijanami? Czy jesteśmy skłonni się oczyścić i dostrzec skrywane w głębi demony? To między innymi pytania, które w swoim – najdojrzalszym, jak dotąd – filmie, stawia Jan Komasa poruszając niejedną strunę naszej wrażliwości.
Urszula Wolak