Państwo traktowało ją propagandowo, dla wielu obywateli była postawą polityczną i manifestacją niezależności.
Posłuchaj audycji Justyny Nowickiej
W magazynie Koło kultury o PRL-u. Ale zamiast o polityce rozmawiamy o modzie. Bo też moda to także arcyciekawe zjawisko epoki PRL. Miała swoje gwiazdy, jak Barbara Hoff, jaśniała konstelacjami - na przykład Mody Polskiej.
Ale moda w PRLu to także ruch oporu, postawa polityczna, nieformalny ruch doskonałych krawcowych i bardzo formalny ruch gospodarki planowanej. I takie objawienia jak lajfstajlowe pismo "Ty i ja" projektowane przez samego Romana Cieślewicza, który wyjechwszy z Polski zrobił wielką karierę w prasie paryskiej.
Moda w PRL to także temat znakomitej książki pisarki i reportażystki Aleksandry Boćkowskiej "To nie są moje wielbłądy", wydanej przez oficynę Czarne.
Z jednej strony byli projektanci, którzy chcieli ubierać Polaków jak paryżan. Z drugiej było państwo, które chciało ubierać Polaków zupełnie inaczej. A gdzieś pomiędzy ci Polacy, którzy musieli się jakoś ubrać.
Po latach opowiadają o rozkloszowanych spódnicach z siatek na muchy, kurtkach z demobilu zdobywanych „na ciuchach”, białych botkach kupowanych u szewca, ortalionach, nonironach, dżinsach, tetrach i kożuchach, jakby mieli je właśnie na sobie.
Nie to jest sentymentalna opowieść o minionych czasach. To raczej próba zrozumienia, dlaczego w PRL moda miała tak wielkie znaczenie: dla państwa, które traktowało ją propagandowo, i dla ludzi, którzy po wojnie chcieli za pomocą ubrań zachować coś z lepszej przeszłości albo wyróżnić się z szarego tłumu.
A co z tym wszystkim mają wspólnego wielbłądy? Bardzo dużo, bo wszyscy się o nie kłócą. A audycji usłyszą państwo także głos Barbary Hoff. W specjalnej roli...