Lubimy takie zawieszenie w przestrzeni i czasie. Coś w rodzaju między światów. Zawsze czujemy tak nad chmurami, na pokładzie samolotu. Za nic nie musimy odpowiadać, bo nic nie możemy. Wszystko w rękach pilotów i stewardess. Zawieszeni w czasie mamy większe poczucie wolności. Rozszerza się horyzont marzeń. Zacierają granice niemożności.
Pod nami wyrastające z morza skrawki lądu i dużo większe morskie głębiny. Jesteśmy blisko geologicznej granicy między Euroazją i płytą Pacyficzną. Lecimy tanim filipińskim przewoźnikiem z Dumaguete do stołecznej Manilii. Czujemy bliskość końca naszej 2-miesięcznej wyprawy. Zapominamy o trudnych chwilach i medycznych awariach. Nawet tych przepełnionych mocnym bólem. I utratą aparatu z obiektywami.
Już tęsknimy za tropikami Jinghongu, górskimi starówkami i polami herbacianymi Yunnanu, za „innymi” Chinami na Tajwanie, wyspą fortepianów – Gulangyu, światem Magellana na Cebu, uroczą maleńką wyspą Siquijor i atmosferą Dumaguete na Negros Oriental.
Doskonale wiemy, że długo nie zjemy tak pysznych i tanich ostryg z grilla czy prostego makaronu z jarzynami. Będzie brakować nam słońca. Cieszy jednak Manilla, do której lecimy. Mocno zapamiętana dzięki Muzeum Tropików w Amsterdamie.