Dr Malita-Król: „są tam na przykład informacje o tym, że czarownice tworzą »zorganizowane grupy przestępcze« czyli, że rzadko działają same. W związku z tym, gdy uda się pojmać jedną czarownicę, to trzeba wydobyć od niej informacje o innych osobach, które w ten proceder były zaangażowane”.

Zarówno te informacje, jak i samo przyznanie się do winy wydobywane było za pomocą brutalnych tortur. Powszechną praktyką były też na przykład próby – choćby próba wody.

Dr Malita-Król: „należało czarownicę spławić, to znaczy wrzucić do wody. Jeśli tonęła – była niewinna, bo »woda złego nie weźmie«. Natomiast problem polegał na tym, że jeśli usiłujemy spławić kobietę, która ma na sobie bardzo obszerne spódnice, to nie jest tak łatwo sprawić, żeby ona utonęła. Zazwyczaj więc kobieta poddawana próbie unosiła się na wodzie, co było oczywistym dowodem jej winy”.

Wśród standardowych czynności, które wykonywano wobec kobiet podejrzanych o czary, było też poszukiwanie znaków szatana na skórze. Także na skórze głowy, którą należało wcześniej odsłonić, „czarownice” były więc golone. Dr Malita-Król: „Te znaki szatana to mogły być zwykłe brodawki, kurzajki albo jakieś większe pieprzyki, to mogły być znamiona lub blizny”.

Posiadania na skórze „znaku szatana” dla podejrzanych osób zazwyczaj oznaczało śmierć. Było „dowodem” na to, że śledczy ma ją do czynienia ze „służebnicami szatana”, czy „czarcimi subiektami”, jak w epoce stosów nazywano „czarowników” obojga płci. Co ciekawe, przypomina dr Malita-Król: „uważano wtedy, że czarownice są właściwie tylko »podwykonawczyniami«. Jeśli czarownica podnosi miotłę do góry, żeby sprowadzić deszcz, to ona jest tylko narzędziem, a tak naprawdę ten deszcz, czy inne dowolne zło, sprowadza szatan”.

Czarownice miały nie tylko być mu całkowicie poddane, czcić go i wielbić, miały też oddawać mu się fizycznie w trakcie orgii podczas sabatów, miały „całować jego siedzenie” (osculum infame), miały profanować hostię i pożerać chrześcijańskie dzieci.

Dr Malita-Król: „w »Młocie na czarownice« jest też bardzo malownicza opowieść o czarownicy, która kolekcjonowała męskie przyrodzenia. Miała hodować je w gnieździe i karmić owsem”.

Choć dziś wydaje się absurdem, że ktoś brał tego typu opowieści na poważnie, w XV, XVI i XVII wieku trafiały one na bardzo podatny grunt. „Młot na czarownice” traktowany był jak książka naukowa, teologowie dyskutowali nad zapisanymi w niej sposobami tępienia „czarownic”, a sądy stosowały się do opisanej w tekście procedury. Co najmniej kilkadziesiąt tysięcy osób, w zdecydowanej większości kobiet, przypłaciło to życiem.

Dr Malita-Król: „na kontynencie wyroki śmierci wykonywano zazwyczaj przez spalenie żywcem na stosie. W Anglii i Ameryce »czarownice« zazwyczaj wieszano. Nie sposób dziś ocenić, jak wiele istnień pochłonęły polowania na »czarownice«, większość badaczy rzeczywiście mówi o kilkudziesięciu tysiącach, są jednak i tacy, którzy twierdzą, że ofiar mogło być nawet kilka milionów”.

W Polsce za koniec okresu palenia na stosach kobiet uznanych za „wiedźmy” uznaje się rok 1776. Wtedy sejm zniósł karę śmierci za czary, zakazał też tortur w celu wymuszenia zeznań. Jeszcze kilkadziesiąt lat później zdarzały się jednak samosądy na kobietach „rzucających uroki”.

Poza Europą procesy o czary wytaczane są do dziś, przede wszystkim w krajach islamskich i afrykańskich. Najsłynniejszy w XXI wieku miał miejsce w Arabii Saudyjskiej. Libański prezenter-wróżbita Ali Husajn Sibat został aresztowany podczas pielgrzymki do Medyny w 2008 roku i skazany na śmierć za uprawianie czarów. Po międzynarodowych naciskach wyrok został zmieniony, w 2012 roku Sibat został uwolniony i powrócił do Libanu.