Współczesność wymusza życie w biegu – nieustanne wykonywanie zadań, wypełnianie zobowiązań, odhaczanie kolejnych punktów z listy. W tym pędzie łatwo zgubić siebie, swoje potrzeby i granice. Odpowiedzią na to doświadczenie jest książka „Slovly. Zwolnij z miłości do siebie” – niewielka objętościowo, ale niezwykle istotna w przekazie. To publikacja o potrzebie zatrzymania się i zwrócenia uwagi na to, co naprawdę ważne. Dominika Meinardi w rozmowie z Sylwią Paszkowską opowiadała o tym, jak odnaleźć spokój we współczesnym świecie pełnym presji i pośpiechu.
Osobista historia zmiany
Dominika Meinardi zaczęła swoją drogę jako wzorowa córka i uczennica – perfekcjonistka, zawsze gotowa pomóc, lojalna wobec zasad i oczekiwań. Działała według schematów systemu, które wchłonęła bezrefleksyjnie. Nagradzana za bycie grzeczną, szybko nauczyła się, że wartość zależy od spełniania oczekiwań innych. To właśnie wtedy ukształtował się wzorzec funkcjonowania, który przez lata pozostawał nieuświadomiony, ale decydował o jej życiowych wyborach.
Wtedy jeszcze nie miałam świadomości, jak to się nazywa, bo za naszych czasów taka wiedza psychologiczna nie była powszechnie dostępna. Dziś wiem, że to było people-pleasing, nadużywanie siebie, a także wysoka wrażliwość, którą rozpoznałam u siebie dopiero w dorosłym życiu. Brnęłam w to, bo to dawało mi poczucie bycia potrzebną i dowartościowaną – nie znałam innego sposobu funkcjonowania, choć czasem już czułam, że to mnie trochę nadużywa. I właśnie z tym bagażem, z takim modelem działania, weszłam w życie zawodowe.
Dominika Meinardi przez dwie dekady była częścią branży mediowo-reklamowej. Gdy w 2000 roku rozpoczynała pracę zawodową, trzydniowe maratony bez snu, ciągłe podróże do Warszawy i tempo na granicy wytrzymałości były standardem. Ówczesne realia, które dziś nazwalibyśmy wycieńczającymi, wtedy uchodziły za normę.
Przez dwadzieścia lat funkcjonowałam w trybie zadaniowym, wręcz reżimowym. Z ogromnym poczuciem nadodpowiedzialności za wszystkie projekty, za natychmiastowe reagowanie, bycie zawsze dostępną. A potem na pokład wskoczyły jeszcze bliźniaki. Nie dałam sobie przestrzeni na przeorganizowanie życia – po prostu dołożyłam do planu kolejne zadania, związane z opieką nad dwójką niemowląt. I śmieję się teraz w duchu, że zamiast nowego rozdziału w życiu otworzyłam nowy arkusz w Excelu, w którym z tą samą dyscypliną rozpisywałam karmienia i spacery, jak wcześniej zadania zawodowe.
Z pozoru radziła sobie doskonale. Jednak jej ciało zaczęło wysyłać sygnały alarmowe – drętwienie kończyn, problemy żołądkowe. Emocjonalnie także czuła narastającą frustrację – pretensje do dzieci, że zabierają jej czas na pracę, wyrzuty sumienia, że „za długo się ubierają” i ciągłe napięcie. To były pierwsze symptomy, że coś w jej modelu funkcjonowania nie działa.
Uświadomiłam sobie, że dążyłam do takiego momentu, w którym wreszcie zrealizuję wszystkie zadania z listy i odpocznę. Ale ten moment nigdy nie nadchodził. A nawet jeśli jakimś cudem udało mi się wszystko ‘upchnąć’ – w sobotę mieć wyprane, wyprasowane, maile wysłane, prezentacje gotowe – i zaplanować, że usiądę z książką w ogrodzie, to okazywało się, że nie mam już na to siły. I to był dla mnie pierwszy moment przebudzenia: zrozumiałam, że nie ma sensu czekać na idealne okoliczności, tylko trzeba korzystać z chwili wtedy, kiedy jest na to siła, ochota, wena. I zaczęłam to robić.
(Dalsza część artykułu i podcast pod zdjęciem)
Brak przyzwolenia na wolny czas i przestrzeń na inne życie
Dominika Meinardi zauważyła również szerszy problem społeczny – brak przyzwolenia na „posiadanie czasu”. Nawet kobiety, które formalnie nie pracują zawodowo, często nie mają odwagi powiedzieć w towarzystwie, że mają czas wolny. Natychmiast bowiem pojawiają się oczekiwania: zaangażuj się w trójkę klasową, zorganizuj wydarzenie, zrób coś pożytecznego. Wypoczynek w naszej kulturze wciąż bywa postrzegany jako nagroda – tymczasem powinien być elementem higieny psychicznej. Jak zauważyła Meinardi, ciężka praca nie powinna być warunkiem długiego odpoczynku. Odpoczynek jest obowiązkiem wobec ciała, umysłu i zdrowia.
Te dwadzieścia parę lat w tej branży – a przez ostatnie dwie dekady także jako szefowa firmy – przypominały mecz na korcie do squasha. Cały czas leciały jakieś piłki z góry. Nigdy nie wiedziałam, kiedy która spadnie – kiedy wpadnie mail, kiedy zadzwoni telefon, na który trzeba natychmiast zareagować.
Jedną z praktycznych strategii, które proponuje Dominika Meinardi, jest tzw. „test 10 minut ekstra”. Polega on na świadomym wykorzystaniu nieplanowanych, krótkich przerw – np. gdy gotuje się woda na makaron, utkniemy w korku, czy czekamy na spóźnioną osobę. Zamiast natychmiastowego sięgania po telefon czy kolejny punkt z listy zadań, warto zatrzymać się, poczuć tu i teraz, zadać sobie pytanie: „Jak się czuję?”. To ćwiczenie wzmacnia samoświadomość i buduje w mózgu nowe połączenia skupione na pozytywnym doświadczeniu. Takie mikromomenty przynoszą także inne korzyści: uświadamiają nam, że w ciągu dnia mamy więcej przestrzeni, niż nam się wydaje.
Nie namawiam do tego, żeby rzucić wszystko i wyjechać w przysłowiowe Bieszczady, tylko do tego, żeby szukać regeneracji na bieżąco i zweryfikować swoje podejście do wypoczynku – nie jako do luksusu zarezerwowanego dla bogatych. Mało tego, znam wiele osób, które mogłyby sobie pozwolić na leżenie na plaży do końca życia i nadal tego nie robią. Bo spokój mieszka w głowie, nie w portfelu.
Jednym z kluczowych przekazów Dominiki Meinardi jest potrzeba szukania wewnętrznej granicy – tej niewidzialnej linii, po przekroczeniu której działamy już nie z radości, ale z obowiązku lub potrzeby spełniania cudzych wyobrażeń. Przykładem może być świąteczny obiad: zamiast dziesięciu dań na idealnie skomponowanej zastawie – wystarczy jedno, ale przygotowane z serca i bez presji. Granica „w sam raz” nie ma jednej, uniwersalnej postaci. Każdy musi ją odnaleźć sam – poprzez uważność, doświadczenie i refleksję.
(Cała rozmowa do posłuchania)