Rozwój e-booków i audiobooków sprawia, że coraz częściej mówi się o schyłku tradycyjnej książki, ale mimo wszystko introligatorstwo wciąż pozostaje żywym rzemiosłem i przechodzi dziś wyraźną przemianę. Coraz większą rolę odgrywają ręcznie wykonywane, artystyczne oprawy, renowacja cennych woluminów i tworzenie unikatowych egzemplarzy dla kolekcjonerów oraz instytucji kultury. O historii zawodu, jego współczesności i przyszłości w rozmowie z Anetą Hudzik opowiedział Łukasz Suszek, introligator, antykwariusz, animator kultury oraz prezes Fundacji Phosphoros.
Posłuchaj rozmowy
Introligatorstwo starsze niż średniowiecze
Choć za narodziny introligatorstwa jako wyodrębnionego zawodu zwykło się uznawać średniowiecze, jego korzenie sięgają znacznie dalej. Pierwszych śladów tej profesji należy szukać już w starożytności – wszędzie tam, gdzie pojawiły się pierwsze kodeksy, czyli zszywane ze sobą karty pergaminu.
Introligatorstwo jest prawdopodobnie tak stare jak zszywane ze sobą karty pergaminu. Początków tego rzemiosła można szukać już w helleńskim Egipcie czy Pergamonie, przy dwóch największych bibliotekach starożytnego świata – mówi Łukasz Suszek.
Od tamtych czasów zmieniły się narzędzia, materiały i technologie, ale sama idea pozostała zaskakująco podobna. Nadal chodzi o to samo – zszyć karty, zabezpieczyć blok książki i nadać mu trwałą, estetyczną oprawę. Wbrew pozorom współczesny tradycyjny introligator wykonuje swoją pracę w sposób bardzo zbliżony do dawnych mistrzów. Owszem, dzisiejsze materiały są lżejsze, trwalsze i łatwiejsze w obróbce. Nowoczesne kleje czy płótna znacząco różnią się od średniowiecznych odpowiedników. Jednak sama procedura pozostaje niemal identyczna. – "To wciąż jest zszywanie kartek i oprawianie ich w skórę albo płótno" – podkreśla. Jednocześnie zaznacza, że należy odróżnić tradycyjne rzemiosło od przemysłowego introligatorstwa, które funkcjonuje w nowoczesnej poligrafii. Tam dominują maszyny, produkcja seryjna i automatyzacja. Sam Łukasz Suszek jest samoukiem i świadomie korzysta wyłącznie z metod tradycyjnych.
Kilka lat temu powstało Stowarzyszenie Introligatorów Polskich – pierwsza organizacja zrzeszająca osoby wykonujące ten zawód metodami tradycyjnymi oraz miłośników artystycznych opraw. Jej celem jest nie tylko integracja środowiska, ale również ochrona dziedzictwa i popularyzacja rzemiosła poprzez konferencje, spotkania oraz działania edukacyjne.
Jeśli przestajemy o czymś mówić, to to po prostu znika – dodaje.
Jak pachnie pracownia introligatora?
Skórą i papierem. W moim przypadku jeszcze psią sierścią – mówi Łukasz Suszek.
Papier chłonie zapachy wyjątkowo łatwo, dlatego dym papierosowy jest jednym z największych wrogów książek.
Historyczne warsztaty introligatorskie funkcjonowały według jasno określonych zasad. Mistrz odpowiadał za projekt, kontrolował cały proces i wykonywał najbardziej prestiżowe elementy pracy – przede wszystkim złocenia oraz tłoczenia na skórze. Uczniowie i czeladnicy realizowali poszczególne etapy produkcji. Tak działały najlepsze warsztaty XIX i początku XX wieku.
Jednym z najwybitniejszych polskich introligatorów był krakowianin Robert Jahoda, którego pracownia do dziś uchodzi za wzór doskonale zorganizowanego zakładu rzemieślniczego. Przed II wojną światową podobnych artystów było w Polsce znacznie więcej. Tworzyli zarówno na zamówienie arystokracji i prywatnych kolekcjonerów, jak również dla instytucji publicznych oraz muzeów. Relacja mistrz-uczeń, która przez stulecia stanowiła fundament rzemiosła, niemal zanikła. Coraz mniej doświadczonych introligatorów przyjmuje praktykantów, a młodych ludzi zainteresowanych tą profesją jest niewielu. W środowisku panuje pełna równowaga między kobietami i mężczyznami. W Polsce działa wiele wybitnych introligatorek, które należą do ścisłej czołówki krajowych specjalistów.
Każda książka ma swoją historię
W pracowni Łukasza Suszka trafiają zarówno XIX-wieczne wydania, jak i współczesne publikacje. Z punktu widzenia konserwatorów wszystkie książki wydane po 1800 roku uznawane są za książki współczesne. Obecnie pracuje między innymi nad nową oprawą "Cyberiady" Stanisława Lema oraz kilkoma egzemplarzami "Odysei" i "liady", które mają trafić do oferty antykwariatu i prywatnych zamawiających. Jednym z najbardziej wyjątkowych projektów było jednak pierwsze wydanie "Historycznego opisu miasta Krakowa" Ambrożego Grabowskiego, dzieła szczególnie ważnego dla historii miasta.
Granica pomiędzy rzemiosłem a sztuką w introligatorstwie bywa niezwykle cienka. Kiedy klient przychodzi z gotowym projektem, zadaniem introligatora jest wykonanie go jak najlepiej pod względem technicznym.
Wtedy nie roszczę sobie prawa do bycia artystą. Staram się po prostu wykonać najlepsze możliwe rzemiosło – mówi.
Inaczej wygląda sytuacja, gdy projekt powstaje od podstaw w jego własnej pracowni. Wówczas może pozwolić sobie na większą swobodę twórczą. Książki historyczne powinny zachowywać charakter epoki. Ich oprawy należy odtwarzać z szacunkiem dla oryginału. Więcej miejsca na eksperyment pozostawiają wydawnictwa powojenne, których projekty graficzne często same w sobie stanowią dzieła sztuki.
Liczba tradycyjnych introligatorów w Polsce nie jest duża, a większość z nich wykonuje zawód od kilkudziesięciu lat, trudno mówić o jego końcu. W epoce masowej produkcji i cyfrowych treści ręcznie wykonana książka staje się czymś znacznie więcej niż przedmiotem użytkowym. Jest dziełem rzemiosła, obiektem kolekcjonerskim i nośnikiem kultury.