Przed hejnałem: Piotr Madej na 25 lat. W 2012 r. nagrał album "Something of an End". Jak sam mówi to wypadkowa wielu inspiracji od islandzkiego, chłodnego piękna, przez dyskretne ukłony w stronę progresywnej Wielkiej Brytanii lat 70. aż po współczesną americanę i alternatywne country.
Posłuchaj wypowiedzi
Miał nazywać się "Patrick the Pen" – od rzeźbionego długopisu, który dostał w liceum. Nazwał go Patryk. Jednak przez literówkę zostało "Pan". Płytę nagrał po tym, kiedy w 2012 r. stracił pracę. – Dostałem kopa od życia, żeby iść do przodu – mówił. Zamknął się w domu i w trzy miesiące zarejestrował materiał, który w większości zaczął powstawać już 5-6 lat wcześniej. Jak mówi album nagrał dla siebie.
– Rękami i nogami zapieram się, żeby nie poznać głębszej teorii muzyki. Chcę grać prosto z serca, nie z głowy – mówił gość. Na co dzień pracuje jako realizator dźwięku w Teatrze im. Słowackiego.
Płyta odebrała Piotrowi deskorolkę. – Zmieniłem miłość. Swego czasu jeździłem wyczynowo, skakałem i skręcałem sobie kostki. Teraz boję się o kontuzję, na którą nie mogę sobie pozwolić. Dalej mam romans z deskorolką, ale już nie tak intensywny – mówił.
Czy Patrick the Pan ma już nowy materiał? – Jeśli się dłużej na coś czeka, to później lepiej smakuje – mówił. – Płyta jest gotowa w mojej głowie.
Krążek "Something of an End" był płytą tygodnia Radia Kraków.
Bartosz Kondziołka