Wtorek, 27 paź 2 °C Jakość powietrza: Dobra Na antenie
Menu dostępności (CTRL+U)
Zmień kontrast
Podświetl linki
Zatrzymaj animacje
Powiększ tekst
Szerokość tekstu
Wysokość linii
Resetuj ustawienia

Nie tęsknimy za PRL-em. Tęsknimy za własnym dzieciństwem

Dla wielu Polaków dzieciństwo w PRL pachnie papierówkami zrywanymi prosto z drzewa, pomidorami dojrzewającymi w słońcu i herbatą parzoną przy pomocy legendarnej grzałki. Te obrazy wracają dziś z ogromną siłą, często przykrywając mniej wygodną prawdę o rzeczywistości Polski Ludowej, kraju niedoboru, kolejek i nieustannego kombinowania. Łukasz Modelski w swojej książce "Paprykarz z prodiża. Dzieciństwo w kuchni PRL" zabiera czytelników w sentymentalną podróż do świata smaków i kulinarnych rytuałów dzieciństwa, jednocześnie skutecznie rozprawiając się z mitem, że w PRL-u było kulinarnie lepiej. To opowieść nie tyle o jedzeniu, ile o pamięci, kulturze codzienności i niezwykłej zdolności ludzi do tworzenia czegoś z niczego. Więcej opowiedział w rozmowie z Sylwią Paszkowską.

Nie tęsknimy za PRL-em. Tęsknimy za własnym dzieciństwem
Fot. NAC

Posłuchaj rozmowy

Nostalgia za dzieciństwem

Nostalgia za dzieciństwem a nostalgia za PRL-em to dwa zupełnie różne zjawiska, które często bywają mylone. Współczesna idealizacja tamtych czasów, prowadzi do fałszowania historii. To nie system budzi ciepłe emocje, lecz wspomnienia związane z dzieciństwem. Dziecko zapamiętuje świat inaczej niż dorosły. W pamięci pozostają obrazy, zapachy, smaki i drobne rytuały codzienności. Dlatego tak łatwo wracają wspomnienia wakacji spędzanych na podwórkach, rodzin wielopokoleniowych, babć pilnujących wnuków czy całych dni spędzanych poza domem.

W PRL-u nie ma nic fajnego. Wydaje mi się, że PRL-owska nostalgia zafałszowuje nam obraz historii. Każdy jest jakoś przywiązany do dzieciństwa. W gorszym, lepszym świecie to jednak czas, w którym czujemy się bezpiecznie. Zawsze są starsi, możemy się do nich zwrócić – mówi Łukasz Modelski.

Było to dzieciństwo "z kluczem na szyi", pełne swobody i wolnego czasu. Dzieci znikały rano i wracały dopiero wieczorem. Jadły owoce prosto z drzew, bawiły się na nieużytkach, a lato miało smak papierówek.

Fot. NAC

Czy jedzenie w PRL było naprawdę lepsze?

Papierówki dla wielu osób wychowanych w latach 70. i 80. to jeden z najbardziej wyrazistych smaków dzieciństwa. Nie była idealna. Bywała kwaśna, szybko się psuła, nie nadawała się do długiego przechowywania.

Papierówkom poświęciłem trochę czasu. Wchodzisz na drzewo, strząsasz je i wiesz, że jest lato, wiesz, że będzie kwaśna, spodziewasz się tego, co zjesz – dodaje.

Autor rozprawia się z mitem "szynki jak za Gierka" czy rzekomo doskonałych peerelowskich wyrobów mięsnych. W rzeczywistości były to często produkty niskiej jakości, pełne kompromisów wymuszonych przez gospodarkę niedoboru. Jednak są dwa wyjątki. Mleko, śmietana, kefiry i masło należą do produktów, które wielu pamięta z sentymentem nie bez powodu. Mleko rzeczywiście się zsiadało. Śmietana dawała się ubić na prawdziwą bitą śmietanę. Masło było masłem, a nie mieszanką tłuszczową. Choć nie zawsze było dostępne, jego jakość pozostaje dla wielu punktem odniesienia do dziś. Drugim kulinarnym zachwytem PRL-u okazują się warzywa i owoce. Być może wynikało to z sezonowości produkcji, być może z ogromnej popularności ogródków działkowych. Faktem jest, że pomidory pachniały pomidorami, ogórki miały intensywny smak, a cebula, buraki czy ziemniaki były pełne aromatu. Dziś można kupić pomidora w styczniu, ale często trudno odnaleźć w nim ten charakterystyczny zapach i smak.

Paprykarz szczeciński, prodiż i fasolka po bretońsku

Już sam tytuł książki jest trafnym skrótem historii codziennego życia w PRL. Paprykarz szczeciński był próbą stworzenia czegoś egzotycznego z bardzo ograniczonych środków. Ambicje były duże, możliwości znacznie mniejsze. Z kolei prodiż był urządzeniem niemal kultowym. Dziś można go nazwać uproszczoną wersją współczesnych wielofunkcyjnych urządzeń kuchennych. W czasach, gdy nie każde mieszkanie posiadało piekarnik, prodiż pozwalał piec ciasta, mięsa, a nawet przygotowywać bardziej skomplikowane potrawy.

Kuchnia PRL obfitowała w dania o niezwykle światowo brzmiących nazwach. Fasolka po bretońsku jest jednym z najlepszych przykładów. Jej korzenie prowadzą do francuskiego cassoulet – fasoli z mięsem i kiełbasą. Nazwa "fasolka po bretońsku" pojawia się już w książce kucharskiej Armii Hallera wydanej we Francji w 1918 roku. Jednak to właśnie w PRL-u danie zdobyło gigantyczną popularność. Było tanie, sycące, trwałe i pozwalało zamaskować niedoskonałości składników przy pomocy przypraw.

Komentarze

Najpopularniejsze

  • Tatry Zachodnie: polski turysta ranny podczas ucieczki przed niedźwiedzicą

    Radio Kraków

  • Śmiertelny wypadek w Januszowicach. Nie żyje 33-letni kierowca

    Jan Pająk

  • Tragiczne odkrycie w lesie pod Tarnowem. Biegacz znalazł ciało 37-latka

    Agnieszka Wrońska-Bęben

  • Sześć departamentów do likwidacji. Łukasz Gibała podpisał zarządzenie

    Radio Kraków

  • Wichury nad Polską, alerty także w Małopolsce. W Tatrach możliwe zamiecie

    Radio Kraków

  • Przez ponad 200 lat uważano go za kopię. Sensacyjne odkrycie na Wawelu

    Gabriela Koziara

Najnowsze

  • OFICJALNIE | Kraków gospodarzem Mistrzostw Świata Kobiet Amp Futbol 2027!

  • Tarnów większy o sąsiednie miejscowości? Gmina Tarnów nie chce o tym słyszeć

  • Carlos Santana po raz pierwszy w Krakowie!

  • Małopolski Sejmik apeluje do Lwowskiej Rady Obwodowej o wycofanie uchwały ws. UPA

  • Słoneczny wtorek w Małopolsce. W dzień do 9 stopni, nocą temperatura spadnie do zera

  • Śnieg, lód i zagrożenie lawinowe w Tatrach. TPN ostrzega turystów