Wtorek, 27 paź 0 °C Jakość powietrza: Dobra Na antenie
Menu dostępności (CTRL+U)
Zmień kontrast
Podświetl linki
Zatrzymaj animacje
Powiększ tekst
Szerokość tekstu
Wysokość linii
Resetuj ustawienia

"Lekarz musiał mówić językiem osób, z którymi rozmawiał". Medycyna w powojennej Polsce

Po II wojnie światowej lekarze, położne, felczerzy i inni pracownicy ochrony zdrowia trafiali do małych miast i wsi z bardzo różnych powodów. Jedni szukali pieniędzy, doświadczenia lub własnego miejsca w powojennej Polsce, inni podlegali później państwowym nakazom pracy. W "Lekarzach prowincjonalnych" Marcin Stasiak pokazuje ich codzienność, czyli trudne warunki, podróże furmankami, niedostatecznie wyposażone gabinety, ale też coś trudniejszego do uchwycenia – spotkanie nowoczesnej medycyny z lokalnymi przyzwyczajeniami i nieufnością mieszkańców. Gościem Anety Hudzik był dr Marcin Stasiak, historyk, autor książki "Lekarze prowincjonalni".

"Lekarz musiał mówić językiem osób, z którymi rozmawiał". Medycyna w powojennej Polsce
Dr Marcin Stasiak/fot. Aneta Hudzik

Posłuchaj rozmowy

Między miastem a prowincją

Punktem wyjścia książki jest historia Aleksandra Bałasza, który w 1946 roku natrafił w krakowskim Domu Medyków na ogłoszenie o zastępstwie lekarskim w Siedliszczu niedaleko Chełma. Miał absolutorium na wydziale lekarskim, ale potrzebował pieniędzy, chciał też zdobyć doświadczenie i przygotować się do egzaminów dyplomowych. Wyjazd był więc jednocześnie decyzją praktyczną i zawodową. Bałasz nie był wyjątkiem. Autor przedstawia grupę ludzi o bardzo różnych życiorysach i wykształceniu. Obok lekarzy pojawiają się położne, felczerzy, nauczyciele, agronomowie i zootechnicy. Część z nich zdobywała wykształcenie w dużych lub średnich miastach, a następnie trafiała w miejsca, które z ich dotychczasowej perspektywy mogły wydawać się prawdziwymi peryferiami. Szczególne znaczenie mieli pracownicy średniego personelu medycznego, między innymi dlatego, że częściej mogli pochodzić z podobnych środowisk i łatwiej decydowali się na osiedlenie na prowincji.

Polska była wtedy krajem nomadów, czyli ludzi, którzy przyjeżdżają i szukają swojego miejsca – mówi Marcin Stasiak.

Bohaterowie jego książki przyjeżdżali z różnych stron i mieli różne doświadczenia. Jednym z przykładów jest Stanisław Bajer, który po wojnie również musiał na nowo ułożyć swoje życie. Nie wszyscy wyjeżdżający na prowincję mieli sprecyzowane wyobrażenia o miejscu, do którego trafiali. Często byli młodzi i po prostu rozpoczynali dorosłe życie zawodowe. Zderzenie z rzeczywistością następowało dopiero na miejscu. Podróż z dworca do docelowej miejscowości mogła oznaczać kilka, a czasem kilkanaście kilometrów pokonywanych konnym wozem. Były to często drewniane, nieogumione koła, tzw. żeleźniaki. Gabinety bywały zniszczone lub pozbawione podstawowego wyposażenia. Prowincja nie była jednak jedynie geograficznym oddaleniem od dużego miasta. Jej powojenny krajobraz naznaczyły również wojna i zagłada ludności żydowskiej. Dawne sztetle straciły znaczną część mieszkańców, a niektóre małe miejscowości, wcześniej będące miasteczkami, funkcjonowały już w zupełnie zmienionej rzeczywistości społecznej.

Najtrudniejszym pacjentem bywa brak zaufania

Ciekawym tematem jest spotkanie profesjonalnej medycyny z ludźmi, dla których lekarz czy położna nie zawsze byli oczywistym elementem codziennego życia. Nie chodzi przy tym wyłącznie o brak wiedzy. Dla części mieszkańców wsi profesjonalna opieka medyczna była po prostu czymś nowym, wcześniej niedostępnym również z powodów ekonomicznych. Dlatego lekarz musiał nauczyć się nie tylko diagnozować, ale również przekonywać. Sama informacja, że choroba zagraża życiu, nie zawsze wystarczała. Szpital mógł kojarzyć się z miejscem, do którego trafia się zbyt późno i w którym umiera się zamiast zdrowieć.

Lekarz musiał mówić językiem osób, z którymi rozmawiał. Jest jeszcze jedna kwestia. Szpital był utożsamiany z miejscem, w którym się umiera – dodaje.

Autor przywołuje historię felczera próbującego nakłonić chorego do wyjazdu do szpitala. Mężczyzna długo odmawiał i ostatecznie trafił tam zbyt późno. Niedługo później podobna sytuacja wydarzyła się w przypadku dziecka. Tym razem zadziałał przykład wcześniejszego przypadku i zdecydowana argumentacja lekarza. Dziecko zostało przewiezione do szpitala i przeżyło. Lekarz musiał mówić językiem swoich pacjentów i rozumieć ich obawy, zamiast zakładać, że autorytet zawodu automatycznie wystarczy.

Okładka książki "Lekarze prowincjonalni"

Komentarze

Najpopularniejsze

  • Tatry Zachodnie: polski turysta ranny podczas ucieczki przed niedźwiedzicą

    Radio Kraków

  • Śmiertelny wypadek w Januszowicach. Nie żyje 33-letni kierowca

    Jan Pająk

  • Tragiczne odkrycie w lesie pod Tarnowem. Biegacz znalazł ciało 37-latka

    Agnieszka Wrońska-Bęben

  • Sześć departamentów do likwidacji. Łukasz Gibała podpisał zarządzenie

    Radio Kraków

  • Wichury nad Polską, alerty także w Małopolsce. W Tatrach możliwe zamiecie

    Radio Kraków

  • Przez ponad 200 lat uważano go za kopię. Sensacyjne odkrycie na Wawelu

    Gabriela Koziara

Najnowsze

  • Urząd Miejski w Wojniczu już w nowej siedzibie. Przeprowadzka opóźniła się o kilka miesięcy

  • Wenecja 1 – odrestaurowana kamienica ze strefą wellness w Krakowie

  • Osada Czorsztyn odzyska blask. Ruszyła rewitalizacja zabytkowego kompleksu

  • Czy Europa wraca do najciemniejszych czasów XX wieku? Konstanty Gebert: „Powracają nastroje w innych kostiumach”

  • Koniec z niebezpiecznym skrzyżowaniem w Zembrzycach? Powstanie rondo turbinowe

  • W Zakopanem wrze wokół obwodnicy. "Drogę będę miała pod salonem"