Podczas jednego z koncertów w krakowskiej Alchemii Michał Zabłocki usłyszał coś, co od razu wydało mu się absolutnie wyjątkowe. Bez chwili wahania poszedł na zaplecze i zaproponował Czesławowi Mozilowi swoje teksty. Tamto spotkanie okazało się początkiem jednej z najciekawszych współprac na polskiej scenie muzycznej, a jej kulisy – podobnie jak wiele innych – znalazły się w książce "A w Krakowie na Brackiej pada deszcz. Nieznane historie znanych piosenek". To publikacja, która nie jest jedynie zbiorem anegdot o znanych utworach. To także osobista podróż przez dekady polskiej muzyki, zapis spotkań z artystami i spojrzenie za kulisy pracy tekściarza. Z Michałem Zabłockim rozmawiała Sylwia Paszkowska.
Jak narodził się pomysł na książkę?
Michał Zabłocki zdradza, że inspiracją był wydawca – Michał Wilk z Wydawnictwa Emocje. Podczas rozmów kilka lat temu, jeszcze przed publikacją książki "Maszynka do świerkania. Teksty z krainy absurdu", padła propozycja stworzenia publikacji o tekstach piosenek. Wilk zasugerował, by autor nie ograniczył się do samego wyboru wierszy, lecz dopisał także osobiste komentarze i wspomnienia.
Napisałem właściwie opowieść o różnych okresach mojego życia z piosenką. Muszę przyznać, że jest w niej więcej o tych etapach i poszczególnych projektach niż o pojedynczych piosenkach, bo wtedy książka musiałaby być tak obszerna, że nie zmieściłaby się w tym formacie. Być może wrócę do tego w przyszłości.
Kariera tekściarska Michała Zabłockiego rozpoczęła się w 1986 roku. Pierwsze teksty, zostawione w Piwnicy pod Baranami, trafiły do rąk młodego, obiecującego artysty – Grzegorza Turnaua. Jego piosenki, napisane przez Zabłockiego, stały się trampoliną do kariery. Pierwsze utwory przez kilka lat funkcjonowały wyłącznie w koncertowym obiegu – dopiero w 1991 roku ukazały się na płycie CD. Wcześniej artysta samodzielnie wydawał kasetę, sprzedawaną półoficjalnie, także dzięki pomocy harcerzy z grupy Pomaton, która później przekształciła się w wytwórnię EMI.
Rodzinne tradycje i artystyczne dziedzictwo
Zabłocki przyznaje, że jego droga twórcza była wspierana przez rodzinne koneksje. Jest synem aktorki Aliny Janowskiej i olimpijczyka Tadeusza Zabłockiego. Sam przez pewien czas trenował szermierkę, ale karierę sportową zakończył w wieku juniorskim. Jego matką chrzestną była Agnieszka Osiecka, a ojcem chrzestnym – krytyk filmowy Zygmunt Kałużyński.
Starałem się wybrać taki fach, który nie wchodziłby w paradę moim rodzicom. Z jednej strony była szermierka – kariera, którą zakończyłem w wieku juniorskim. Z drugiej strony była scena – nie chciałem konkurować z mamą ani na scenie, ani na ekranie. Zadebiutowałem w serialu "Rodzina Leśniewskich" i od razu postanowiłem: koniec, nigdy więcej. Trzymałem się więc z dala od aktorstwa, architektury czy rysunku – niech oni to robią. Postanowiłem znaleźć coś własnego. Uznałem, że pisanie świetnie się nadaje, bo nikt nie będzie mi się wtrącał ani wymądrzał. I przy tym pozostałem.
Osiecka, słuchając jego pierwszych prób literackich, cieszyła się, że młody człowiek coś tworzy, choć trudno dziś powiedzieć, jakie były jej głębsze opinie. W książce "A w Krakowie na Brackiej pada deszcz. Nieznane historie znanych piosenek" Michał Zabłocki wspomina także swoje warszawskie korzenie i opisuje, jak trafił do Krakowa.
„Maszynka do świerkania” i współpraca z Czesławem
Ważnym rozdziałem twórczości Zabłockiego jest współpraca z Czesławem Mozilem. Autor zdradza kulisy powstawania tych tekstów: były efektem nietypowej burzy mózgów w internecie, w której uczestnicy wrzucali absurdalne, często nonsensowne zdania. Zdaniem autora, sukces tego materiału wynikał z połączenia trzech czynników: zwariowanych tekstów, odważnego selekcjonera tych tekstów i charyzmatycznego wykonawcy. Efekt zadziałał – utwory wciąż wywołują entuzjazm na koncertach. Zabłocki i Mozil wykonują je razem, często w improwizowanej formule, bo – jak zaznacza – każde ich wspólne wystąpienie ma być inne, zaskakujące i szczere.
Zabłocki wraca wspomnieniami do koncertu w krakowskiej Alchemii, po którym wszedł na zaplecze i oznajmił Czesławowi Mozilowi, że „koniecznie ma dla niego teksty”:
Usłyszałem ich i pomyślałem, że czegoś takiego jeszcze nie ma. Poszedłem więc na zaplecze w Alchemii i powiedziałem, że absolutnie koniecznie mam dla niego teksty. On jednak w ogóle nie wiedział, co i jak, ani kim właściwie jest człowiek, który nagle wszedł do niego. Grzecznie potakiwał, wyjechał do Danii, a dopiero później dowiedział się więcej – coś doczytał, a jego menedżer podpowiedział mu, że może rzeczywiście warto.
Proces trwał długo: aż cztery lata zajęło przekonywanie Mozila, by przyjechał do Polski i nagrał płytę. „Na szczęście zbankrutował” – żartuje Zabłocki, wspominając kopenhaski bar muzyczny, który odciągał Czesława od muzycznych planów. Od tamtej płyty minęło już dwadzieścia lat współpracy. W relacjach z artystami bywa różnie: jedne naturalnie się domykają (jak z Grzegorzem Turnauem czy Agnieszką Chrzanowską), ale z Mozilem – jak podkreśla autor – „to trwa”, bo po prostu istnieje realna potrzeba po stronie wykonawcy. Czesław jest niezwykle aktywny, dużo koncertuje i potrzebuje nowych tekstów – czy to do albumów, czy w projektach pokroju „Grajkowie Przyszłości”. Skoro sprawdzona chemia twórcza działa, współpraca rozwija się dalej.
Książka Michała Zabłockiego to nie tylko zbiór anegdot o znanych piosenkach, ale także osobista podróż przez dekady polskiej muzyki, spotkania z artystami i kulisy pracy tekściarza. To opowieść o sukcesach i „niechcianych dzieciach”, o współpracy, która trwa latami, i projektach, które wciąż czekają na realizację.
(Cała rozmowa do posłuchania)