Okłady z cebuli na opuchnięte kolano, gorczyca w skarpetkach przy zapaleniu płuc, wypacanie gorączki pod grubą kołdrą czy obawa przed kąpielą chorego dziecka – mimo że medycyna przez lata zrobiła ogromny postęp, wiele ludowych przekonań wciąż wpływa na sposób, w jaki opiekujemy się dziećmi. Skąd bierze się wiara w przesądy i kiedy pozornie niewinne zwyczaje mogą stać się niebezpieczne? Gościnią Sylwii Paszkowskiej była doktor Karolina Walczak, lekarka i pediatrka.
Posłuchaj rozmowy
Cebula na boreliozę i gorczyca przy zapaleniu płuc
Karolina Walczak w swojej praktyce lekarskiej zapamiętała kilka sytuacji, które pokazują, jak niebezpieczne może być zastępowanie medycyny ludowymi metodami. Jedną z nich był przypadek chłopca z zaawansowaną boreliozą stawową. Dziecko trafiło do lekarza z bardzo dużym obrzękiem kolana, odczuwało silny ból i nie mogło chodzić. Zanim jednak rodzice zgłosili się po pomoc, przez wiele dni próbowali leczyć je domowymi sposobami.
Rodzice leczyli go okładami z cebuli, bo miały one zmniejszyć obrzęk – mówi Karolina Walczak.
Inna historia pochodzi ze szpitala. Podczas badania dziecka z poważnym zapaleniem płuc, gdy personel medyczny rozbierał je do badania, ze skarpetek wysypała się gorczyca. Okazało się, że rodzice stosowali ją jako ludowy sposób na chorobę. Wśród spotykanych praktyk są również wkładanie czosnku do ucha przy bólu, noszenie korali z czosnku podczas infekcji czy stosowanie rozmaitych okładów.
Dlaczego tak trudno nam zaakceptować, że na kaszel nie ma cudownego lekarstwa?
Jednym z najtrudniejszych doświadczeń rodziców jest obserwowanie chorego dziecka, które intensywnie kaszle, ma gorączkę lub źle śpi. Naturalnym odruchem jest szukanie sposobu, aby natychmiast przynieść mu ulgę. W sezonie infekcyjnym zdarzają się zakażenia wirusem RSV i grypy, którym może towarzyszyć bardzo nasilony kaszel. W takich przypadkach możliwości leczenia objawowego bywają ograniczone, a najważniejsze jest bezpieczne przejście przez okres choroby.
Dopóki to jest nieszkodliwe, dopóki to jest tylko nasze poczucie wpływu na tę sytuację, że coś robimy, że to dziecko mniej cierpi, to jest okej – dodaje.
Rodzic powinien wiedzieć, gdzie kończy się jego odpowiedzialność, a zaczyna odpowiedzialność lekarza. Jeżeli dziecko zostało zbadane, a lekarz wyjaśnił, jak może przebiegać choroba i jakie objawy są spodziewane, rodzic nie powinien obarczać się winą za to, że nie potrafi natychmiast zatrzymać kaszlu czy gorączki. W przypadku dziecka z dusznością potrzebny jest spokojny, stabilny opiekun, który zapewni mu bliskość i poczucie bezpieczeństwa. Leczeniem zajmuje się personel medyczny.
Budowanie odporności jest jak portfel. "Nasz organizm jest inwestycją"
Jajka, które mają przejąć chorobę i wypacanie pod kołdrą
Wśród przesądów znalazł się również zwyczaj trzymania jajek przy chorym, a następnie zakopywania ich w ogródku. Wierzenie zakłada, że choroba zostanie w ten sposób przeniesiona na jajka i symbolicznie usunięta z domu. Historia pochodziła z Podkarpacia, z okolic Dębowca. Kobieta, która ją opisała, pamiętała podobne praktyki z dzieciństwa. W jej rodzinnym, wielopokoleniowym domu takie obrzędy były częścią codzienności.
Dla współczesnego lekarza trudno znaleźć w tej metodzie jakiekolwiek medyczne uzasadnienie. Można jednak zrozumieć, dlaczego ludzie sięgali po podobne sposoby. W czasach, gdy dostęp do opieki zdrowotnej był ograniczony, choroba dziecka oznaczała dla rodziny ogromną bezradność. Rytuały dawały przynajmniej poczucie, że można coś zrobić.
Jednym z przesądów, z którymi lekarka stanowczo się nie zgadza, jest przekonanie, że gorączkę trzeba wypocić.
To nie działa. To gusło, z którym musimy walczyć – mówi.
W praktyce oznacza to często przykrywanie chorego grubą kołdrą lub pierzyną, aby organizm intensywnie się pocił i w ten sposób pozbył się choroby. Pocenie jest naturalnym mechanizmem termoregulacji. Parowanie potu z powierzchni skóry pomaga oddawać ciepło i ochładzać organizm. Problem polega na tym, że wiele osób odwróciło sens tego mechanizmu. Zamiast umożliwić organizmowi oddawanie ciepła, dodatkowo go przegrzewa. U dzieci może to być szczególnie niebezpieczne. Nadmierne okrywanie utrudnia regulację temperatury, a u niemowląt przegrzewanie stanowi również czynnik zwiększający ryzyko nagłej śmierci łóżeczkowej.
Od słuchacza Radia Kraków:
"Czy do zabobonów można zaliczyć osobiste przyzwyczajenia, bez których nie możemy się obejść? Przed laty byłem właścicielem konia o imieniu Luzak, przypisanego w Stróżach do pewnej fundacji, prowadzącej rehabilitację dzieci. W owym czasie moja praca wymagała dość częstych wyjazdów służbowych do Medyki, a wracając zawsze pamiętałem o tym, by nadrabiając drogi odwiedzić Luzaka i wesprzeć Go jakimś łakociem. To była najprawdziwsza przyjaźń, oszczędzę sobie wspomnień, wyciskających łzy z oczu. Gdy zbliżała się chwila pożegnania, obejmowałem konia za głowę i tak trwaliśmy kilka minut... Potem głaskałem Go po nozdrzach, i odchodziłem powoli. Luzak patrzył za mną smutnie, po czym silnie potrząsał głową, trzepiąc swoją bujną grzywą. To Jego zachowanie powtarzało się regularnie na zakończenie spotkania, ale kiedyś, z nieznanego powodu, nie potrząsnął głową... Patrzyliśmy sobie w oczy, przemawiałem do Luzaka pieszczotliwie, jednocześnie sądząc, że stało się coś, bez czego nie będę mógł spokojnie wrócić do Krakowa. Wreszcie potrząsnął... Pewnie zrozumiał, że tego oczekuję... I w tym momencie pojawiło się to, co mógłbym nazwać zabobonem: po spotkaniu nigdy nie opuściłem Luzaka dopóty, dopóki nie potrząsał energicznie i charakterystycznie głową... Luzak, który dokonał żywota po kilkunastu latach życia w owej fundacji, stał się dla mnie znakiem rozpoznawczym właśnie tak silnego przyzwyczajenia, że kojarzącego się z zabobonem... Czasami wręcz do tego stopnie, że obawiałbym się jechać dalej samochodem bez widoku Luzaka, poruszającego wertykalnie głową w aureoli Jego bujnej grzywy...
Pozdrawiam serdecznie Radio Kraków,
z wyrazami szacunku i poważania,
Grzegorz"