13 sierpnia 2015 roku zapisał się na zawsze w historii polskiego spadochroniarstwa. Tego dnia w Klatovy stu skoczków z Polski połączyło siły, by utworzyć w powietrzu gigantyczną formację – tak powstał rekord 100 Way. Był to moment, w którym Polska dołączyła do elitarnego grona zaledwie ośmiu krajów na świecie, które zdołały zbudować narodową formację stuosobową. - Skoki grupowe zawsze były wyzwaniem – mówi w rozmowie z Sylwią Paszkowską Paweł Rey, przedsiębiorca, instruktor i członek klubu Krak Sky.
Droga do rekordu
Skoki grupowe od zawsze były marzeniem i wyzwaniem. Wcześniej polskim skoczkom udało się stworzyć formacje 30- czy 70-osobowe. W 2012 roku padł rekord 70-osobowy. Trzy lata później postanowiono pójść o krok dalej. - Między siedemdziesiąt a sto osób niby nie ma wielkiej różnicy, ale organizacyjnie to ogromne przedsięwzięcie – mówi Paweł Rey.
Skok nie był przypadkiem. Każdy z uczestników miał ściśle określone miejsce zarówno w samolocie, jak i w powietrzu. Formacja powstawała stopniowo. Pierwsze próby polegały na budowaniu bazy, kolejne na dokładaniu kolejnych elementów. Dziewięć prób wystarczyło, by rekord stał się faktem.
Jest osiem państw na świecie, które złożyło taką narodową formację. Nie były to mieszanki skoczków z Europy czy ze świata, tylko z jednego kraju. Dołączyliśmy do tej grupy. Wszystko odbywało się etapami według planu, nie było to spontaniczne – mówi Paweł Rey.
Aby stu skoczków mogło znaleźć się w powietrzu w tym samym czasie, potrzebne było aż pięć samolotów lecących w formacji w kształcie litery V. Z maszyny znajdującej się na czele wyskakiwała baza, a pozostali dołączali w ściśle wyznaczonych miejscach. Każda sekunda opóźnienia mogła oznaczać niepowodzenie. - To jest latanie, a nie tylko spadanie – podkreśla Paweł Rey.
Dlaczego rekord ustanowiono w Czechach? W Polsce brakowało wówczas infrastruktury, by sprowadzić kilka samolotów i zapewnić odpowiednie zaplecze. Sama pogoda także odgrywała kluczową rolę. Próby odbywały się w pełnym ekwipunku – kombinezonach, kaskach i spadochronach. Dodatkowym utrudnieniem był fakt, że połowa skoczków ubrana była na biało, a połowa na czerwono – dla efektu wizualnego, ale kosztem łatwiejszej orientacji w powietrzu.
(cała rozmowa do posłuchania)
Posłuchaj wypowiedzi
Skakanie jako styl życia
Dla Pawła Reya przygoda z lataniem zaczęła się w latach 70. – od modelarstwa lotniczego i przypadku. Kiedy dowiedział się o naborze na kurs spadochronowy, postanowił spróbować. Surowe badania lekarskie przeszło niewielu, ale jemu się udało. Od tamtej pory wykonał ponad trzy tysiące skoków. Dziś szkoli młodych adeptów i dzieli się doświadczeniem. - Każdy skok to wyzwanie, to stres sportowy, taki, który towarzyszy zawodnikom na starcie – mówi Paweł Rey. Spadochroniarstwo to nie tylko sport, ale i sposób na życie. Skacze się niemal przez cały rok – zimą można trenować w tunelach aerodynamicznych lub wyjechać do Hiszpanii, Maroka czy USA.
Czas w powietrzu płynie inaczej. Standardowy skok z 4 tysięcy metrów daje około minuty swobodnego spadania. - Dla widza to chwila, dla skoczka - wieczność pełna czynności, obrotów, korekt. Liczy się każda część sekundy – mówi Paweł Rey.
Dziś od tamtego historycznego skoku minęła już dekada. Polska wciąż pozostaje jednym z nielicznych krajów, które zdołały wystawić własną, narodową setkę spadochroniarzy. Dla uczestników to jednak nie tylko rekord, ale także wspomnienie wspólnej pracy, wysiłku i pasji, która potrafi na zawsze zmienić życie.