Rosja szykuje się do konfliktu na dużą skalę, szkoląc setki tysięcy żołnierzy. Tymczasem w NATO narasta niepokój związany z możliwym wycofaniem wojsk amerykańskich z Europy Środkowo-Wschodniej. O strategicznych zagrożeniach dla Polski, braku rezerwistów, amunicji i realnego wyposażenia opowiadał na antenie Radia Kraków prof. Dariusz Kozerawski – ekspert ds. bezpieczeństwa narodowego z Uniwersytetu Jagiellońskiego.
-
Obecność wojsk amerykańskich ma znaczenie głównie polityczne, nie militarne
Prof. Kozerawski zwraca uwagę, że 25 tys. żołnierzy na wschodniej flance to bardziej symbol niż realna siła militarna. „To wartości tylko taktyczne, nawet nieoperacyjne” – podkreśla.
-
Rosja buduje potężny potencjał rezerw osobowych
Od 2022 roku Rosja przeszkoliła już 430 tys. żołnierzy, a po ostatnim poborze ta liczba może wzrosnąć do 600 tys. „To przygotowanie do większej operacji w wymiarze polityczno-strategicznym” – ocenia ekspert.
-
Polska musi mieć przynajmniej 800-900 tys. wyszkolonych rezerwistów
Obecnie polska armia nie posiada tej zdolności. „Na papierze mamy 300-350 tys., ale nasze rezerwy są ewidencyjne, nie realne” – mówi Kozerawski. Rozwiązaniem może być obowiązkowa zasadnicza służba wojskowa. -
Sprzęt to nie tylko zakupy, ale gotowość bojowa i amunicja
Choć Polska podpisuje kolejne umowy na dostawy sprzętu, problemem pozostają realne możliwości dostaw i brak zaplecza dla rezerw. „Oddaliśmy sprzęt Ukrainie, ale nie otrzymaliśmy w zamian nowego. Umowy nie bronią kraju – broni realne wyposażenie i amunicja” – alarmuje profesor.
Posłuchaj rozmowy
Amerykańskie wojska się wycofują? "To sygnał nie tylko dla Polski"
Według prof. Kozerawskiego przenoszenie części sił amerykańskich z obszaru Podkarpacia – w tym z kluczowego hubu logistycznego w Jasionce – w inne regiony Polski, może mieć istotne znaczenie polityczne. Jak wskazał, w całej Europie stacjonuje ok. 84 tys. amerykańskich żołnierzy. W Polsce jest ich ok. 10 tysięcy, a na wschodniej flance ok. 25 tysięcy.
– To nie są duże liczby, ale to jest bardzo istotne pod względem politycznym. Po pierwsze, odstraszanie, a po drugie – pokazywanie jedności sojuszu – zaznaczył profesor.
W jego opinii potencjalna redukcja obecności wojsk USA na wschodniej flance NATO – zapowiadana m.in. przez Donalda Trumpa – mogłaby pogłębić podziały w Sojuszu i zachęcić Rosję do działań destabilizujących.
– To byłby bardzo niepokojący sygnał dla Federacji Rosyjskiej. Taka decyzja pogorszyłaby sytuację strategiczną NATO w tym regionie świata – dodał.
Rosja rośnie w siłę. Masowo szkoli rezerwistów
Podczas gdy Zachód zmaga się z kryzysami politycznymi i logistycznymi, Rosja intensywnie się zbroi. Tylko w latach 2022–2024 przeszkoliła ok. 430 tysięcy żołnierzy, a obecny pobór – największy w XXI wieku – w ciągu kilku lat może zwiększyć tę liczbę do 600 tysięcy.
– To nie jest tylko kwestia zapewnienia świeżego rekruta do walki w Ukrainie. To budowanie zasobu wyszkolonych rezerw osobowych – elementu większego planu polityczno-strategicznego – ocenił Kozerawski.
Zdaniem eksperta, zgromadzenie tak dużej rezerwy może być wstępem do nowego etapu wojny hybrydowej lub konfliktu o szerszym zasięgu – także z udziałem krajów NATO. Wśród kierunków, które znalazłyby się w potencjalnym zainteresowaniu Rosjan, ekspert wskazuje kraje bałtyckie oceniając je jako najsłabsze ogniwa w wymiarze militarnym. Zwraca uwagę na to, że mają najmniejszą populację, potencjał gospodarczy i najmniej liczebne armie.
- Jeśli przeciwnik rozwiąże problem Ukrainy, wtedy może zacząć próbować testować i sprawdzać gotowość bojową i gotowość do obrony kolektywnej sojuszu na wschodniej flance i każdy kierunek tutaj będzie możliwy, ale ten najbardziej prawdopodobny to państwa bałtyckie. Nie wolno wykluczać różnego rodzaju działań hybrydowych na kierunku naszych granic. - wyjaśnia.
Polska bez rezerwistów. "Mamy liczby na papierze, nie na poligonie"
Profesor jasno wskazał: kluczowym deficytem Wojska Polskiego nie jest dziś tylko sprzęt, ale brak wyszkolonych rezerw.
– Na papierze mamy 300–350 tysięcy żołnierzy, ale niewiele z tego to realne siły. Potrzebujemy 800–900 tysięcy wyszkolonych rezerw osobowych, tak jak Ukraina miała na początku rosyjskiej inwazji – mówił.
W jego opinii obowiązkowa zasadnicza służba wojskowa – przynajmniej sześciomiesięczna – mogłaby być częścią rozwiązania. Podkreśla, że miesięczne szkolenia nie są w stanie właściwie przygotować żołnierza do wykonywania zadań. Co ważne, chodzi nie tylko o szeregowców, ale też o szkolenie oficerów i certyfikację sztabów.
– Bez dobrze wyszkolonych sztabów i oficerów armia nie funkcjonuje. Ukraina ma dziś ponad 100 brygad – do każdej trzeba było przygotować cały zespół dowodzenia – podkreślił.
Ekspert: Armia zawodowa nie wystarczy by obronić państwo, a z rezerwami mamy kłopot
Kolejne umowy na nowe uzbrojenie
Ekspert podkreśla, że w kwestii uzbrojenia Polska ma zaległości sięgające dwóch, a nawet trzech dekad. Jak wskazuje, choć podpisujemy kolejne umowy zbrojeniowe – m.in. na dostawy samolotów F-35 czy bojowych wozów Borsuk – to zdaniem prof. Kozerawskiego brakuje realnej gotowości do walki.
– Chwalimy się podpisanymi umowami, ale przypomnę, że kraju broni nie umowa, tylko uzbrojone siły zbrojne – powiedział ekspert.
Jako przykład podał tempo realizacji kontraktu na Borsuki: 111 wozów ma trafić do armii dopiero za cztery lata, podczas gdy potrzeba ich ponad 1400. Przy obecnych mocach produkcyjnych oznacza to oczekiwanie nawet do 2042 roku.
Ile Europa wyda na zbrojenia? "Kwoty muszą odstraszać przeciwnika"
Amunicja – cichy kryzys obronny
Nawet najlepiej uzbrojona armia jest bezradna bez odpowiedniego zapasu amunicji – a ten, jak się okazuje, również jest dramatycznie niski. Brakuje przede wszystkim amunicji do artylerii ciężkiej – kalibru 155 mm, 120 mm czy 125 mm.
– Bez środków walki sam sprzęt bojowy jest bezużyteczny. Nie mamy zdolności produkcji narodowej amunicji na skalę potrzeb, a łańcuchy dostaw z USA czy Korei Południowej są zbyt łatwe do zakłócenia w czasie kryzysu – ostrzegł profesor.
Na koniec rozmowy prof. Kozerawski postawił pytanie, które jego zdaniem powinno wybrzmieć w debacie publicznej znacznie głośniej:
– Czym będą walczyć zmobilizowane wojska rezerwowe? To pytanie zostawiam jako otwarte, bo pokazuje ono, że zarządzanie zasobami sprzętu i ludzi – szczególnie na wschodniej flance NATO – jest dziś głęboko niewystarczające.
Broń jądrowa i remilitaryzacja - nowa strategia bezpieczeństwa Europy