Jesteśmy tuż po koncertowej premierze albumu „Tribute to Fred Katz”. Swój jazzowy debiut postanowiłeś poświęcić twórczości jednej z ważnych, acz zapomnianych postaci amerykańskiej muzyki połowy XX wieku. Skąd to zainteresowanie Fredem Katzem i jego twórczością?
- Próbując improwizacji jazzowej szukałem źródeł, żeby dowiedzieć się, jak to robić. W 2017 roku zacząłem interesować się, kto był pierwszym improwizującym wiolonczelistą. Często można napotkać informację, że był nim Oscar Pettiford, ale to nie do końca prawda.
Trzeba odróżnić wykorzystanie wiolonczeli jako narzędzia do gry muzyki jazzowej, od bycia wiolonczelistą jazzowym. Fred Katz był pierwszym, który improwizował na wiolonczeli w stylu jazzowym używając smyczka. Szukając w internecie, dotarłem do tej postaci, którą - jak się potem okazało - ludzie kojarzyli ze względu na jego współpracę z Chico Hamiltonem. Zacząłem słuchać muzyki Katza i zastanawiać się, dlaczego nikt wcześnie nie zajął się tym tematem, dlaczego nie ma poświęconego mu opracowania. Kiedy kończyłem studia magisterskie (wydział klasyczny), postanowiłem, że - na przekór wszystkiemu - spróbuję napisać pracę magisterską poświęconą twórcy jazzowemu.
Okazało się jednak, że w internecie, oprócz informacji, że był pierwszym improwizującym wiolonczelistą, o Katzu niewiele jest. Siedziałem całe dnie przed komputerem dogrzebując się do starych wydań „Billboardu”, i z pojedynczych wzmianek, notatek zacząłem składać w głowie obraz tego artysty. Potem trafiłem na nekrolog - ”O śmierci Freda Katza zawiadamia H. Katz z rodziną”. Po nitce do kłębka odnalazłem syna Freda, Hymana, i nawiązałem z nim kontakt.
Skąd w tej historii wziął się John Densmore, perkusista grupy The Doors, który jest autorem noty okładkowej do twojego albumu? Poznaliście się osobiście?
- Tak, poznaliśmy się w studio i to trochę przypadkiem. Ale żeby dojść do tego, skąd on się tam wziął, trzeba najpierw w kilku słowach przybliżyć, kim tak naprawdę był Fred Katz.
Urodził się w Nowym Jorku w 1919 roku. Był cudownym dzieckiem, grał na wiolonczeli i fortepianie, koncertował już w wieku 13 lat. Po zakończeniu II wojny światowej grał w orkiestrze Capitol Theatre, zarówno na fortepianie i wiolonczeli.
Tam wypatrzyła go Lena Horne. Będąc pod wrażeniem jego gry, zapytała, czy zostanie dyrektorem muzycznym i pianistą jej zespołu. Tam poznał się z Chico Hamiltonem i tak zaczęła się jego przygoda z jazzem.
Jednak muzyka nie była jedynym jego zajęciem. Pod koniec lat 50. XX wieku otrzymał propozycje pracy od dziekana Wydziału Antropologii na Uniwersytecie w Fullerton, a że zawsze marzył o tym, żeby uczyć, zgodził się bez wahania. Co ciekawe, Fred Katz został pierwszym profesorem, który nie miał żadnego tytułu naukowego, bo został wyrzucony ze szkoły (ledwo zdołał zrobić maturę). Nie przeszkodziło mu to jednak być wykładowcą, którego studenci uwielbiali, a jednym z nich był właśnie John Densmore.
Fred Katz wykładał między innymi muzykę ludów prymitywnych i mistykę żydowską. Sam o sobie mówił, że ma „czysty umysł”. Poza tym był muzykiem, aranżerem, kompozytorem i instrumentalistą, który do swojej twórczości podchodził filozoficznie.
- Lubił mówić, że jest magikiem. Na pewno był mistykiem, kochał magiczne sztuczki, chłonął wiedzę na temat różnych kultur. Co potem zresztą znalazło odzwierciedlenie w jego twórczości.
Kiedy nagrywaliśmy w Venice Beach, nasz realizator Harlan Steinberger skojarzył, że Ray Manzarek z The Doors miał polskie korzenie. Zadzwonił więc do swojego przyjaciela, a kolegi Manzarka z zespołu, Johna Densmore’a, powiedzieć mu, że ma tu zespół naprawdę fajnych chłopaków z Polski, którzy nagrywają płytę jazzową i zaproponował, że wpadnie posłuchać
John zapytał, co to za projekt i kiedy usłyszał, że hołd dla Freda Katza, powiedział: „To był mój profesor, to był mój kochany nauczyciel”. Przyszedł do studia, spędził z nami pół dnia. Był przy nagraniu mojej jedynej autorskiej kompozycji. Poprosił, byśmy to wykonanie zadedykowali jego koledze z zespołu i zgodził się napisać parę słów do naszego albumu. To jeden ze szczęśliwych przypadków związanych z powstaniem tego albumu.
Wyprawa do Los Angeles, była możliwa także dzięki temu, że otrzymałeś stypendium Fulbrighta, które pomogło ci w badaniach nad historią i twórczością Freda Kutza.
- Tak, udało mi się "wstrzelić w klucz" i zainteresować swoim projektem w ramach doktoratu, bo jednym z rodzajów stypendium Fulbrighta jest właśnie stypendium dla doktorantów.
Pracę nad doktoratem rozpocząłem już z myślą o badaniu twórczości i życia Freda Kutza. Spróbowałem aplikować o stypendium Fulbrighta argumentując, że właśnie nawiązałem kontakt z Hymanem.
Dotarłem też do profesora Josha Kuna z Uniwersytetu Południowej Kalifornii, który jest prawdopodobnie jedyną osobą (nie licząc mnie), która podeszła do tematu twórczości Freda Katza naukowo. Na początku lat dwutysięcznych zaprzyjaźnił się z Fredem, przeprowadził z nim szereg wywiadów, także wznowił jeden z jego albumów.
Wyglądało to tak: napisałem do niego maila „Dzień dobry, nazywam się Paweł Czarakcziew, badam twórczość Freda Katza, jestem z Polski, chciałbym przyjechać na stypendium Fulbrighta. Czy jest szansa, aby pan był moim superwajzorem?”. Na co on odpisał: „Jasne, wysyłam zaproszenie”. Był jeszcze oczywiście cały proces aplikacji, dostałem stypendium i mogłem spędzić pół roku w Los Angeles, żeby poznać bliżej rodzinę Katza, badać jego życie i twórczość. Dostałem dostęp do prywatnych archiwów rodziny, gdzie odnalazłem mnóstwo nut, zapisków i wspomnień, do których nikt nie zaglądał od śmierci Freda.