Lata 90. XX wieku były czasem, kiedy niezależna scena pomału nabierała rozpędu. Z jednej strony skończył się monopol kilku państwowych wydawców, a z drugiej warunki zaczęły dyktować międzynarodowe koncerny płytowe. Gdzieś pomiędzy próbowali odnaleźć się muzycy, którzy stawiali na alternatywne brzmienia oraz kładli nacisk na własne decyzje w sprawach stylistyki czy promocji. Na krakowskiej scenie pojawił się ZOOid, grający rocka, zainspirowanego sceną Seattle, a równocześnie brzmieniami soundtracków do filmów Davida Lyncha.
Teraz, po niemal 30 latach ukazuje się winylowa płyta z ośmioma utworami, z których część pochodzi z nagrań archiwalnych, a część została zremiksowana i odświeżona technicznie. Wokal i niektóre partie instrumentalne zostały nagrane od nowa, a kilka kompozycji – takich jak "Hello Yellow" i "Laura Song" zachowało swoją pierwotną, surową formę. Płyta brzmi współcześnie, ale też przywołuje atmosferę tamtych lat – czasów, gdy muzykę nagrywało się w piwnicy, a woda, zbierająca się w salce prób ZOOida udaremniała próby. Pomimo takich utrudnień, muzycy myśleli przyszłościowo i kupili profesjonalny sprzęt nagłośnieniowy, którym dzielili się z innymi, krakowskimi zespołami i organizatorami koncertów. Zainwestowali też w możliwości nagraniowe i dzięki temu piosenki sprzed tylu lat miały szansę zaistnieć.
Pomimo niezłego poziomu i zainteresowania rockiem, w latach 90. ZOOid nie znalazł wydawcy. Stało się to dopiero teraz i płyta ukazuje się dzięki niszowej wytwórni Interstellar Smoke Records, która promuje mocne brzmienia np. z Brazylii czy Argentyny. ZOOid nadal koncertuje, choć z dłuższymi przerwami, niemniej jednak muzycy, którzy go stworzyli nadal spotykają się w innych składach, takich jak Stonerror czy Dante & The Band. O przeszłości i teraźniejszości zespołu Jarosław "Faza" Daniel opowiadał Agnieszce Barańskiej.